sobota, 3 lutego 2018

"Nieczułość" Martyna Bunda

Nieczułość, nieczuły
1. «niezdolny do okazywania uczuć; też: świadczący o braku uczucia»
2. «niereagujący lub mało wrażliwy na coś»

Tak słownik języka polskiego definiuje słowo, które jest leitmotivem debiutanckiej powieści Martyny Bundy. A jak my sami będziemy postrzegali ten tytuł po skończonej lekturze?


Rozela  jest hardą i bezkompromisową kobietą, która – po części przez swój charakter, po części zmuszona przez życie – zawsze podąża swoją drogą, zupełnie nie bacząc na to, co pomyślą inni. „Córka nieślubna córki nieślubnej, przeznaczona do życia w wiecznym wstydzie, głowę trzymała wysoko, tego też ucząc córki. Szlachetna. Choć chłopka. Odważna. Choć dziewczyna. Z prostej kaszubskiej chałupy wyszedłszy, ani liter, ani nawet polskiego języka dobrze nie poznawszy – sama, bez męża, postawiła pierwszy w Dziewczej Górze dom ceglany”. [1] Tu można śmiało dodać, że dom ten, obok samej Rozeli i jej trzech córek, będzie niejako piątym bohaterem tej książki. Najpierw jednak córki.

„Trzy miała córki, kochała je jednakowo, ale nie umiała jednakowo ich traktować”.  [2] I nic dziwnego, bo trzech bardziej od siebie różnych charakterów ze świecą szukać. Gerta –to ta rozważna, Ilda – szalona, Truda – emocjalna. Łączy je jednak więź niezwykła, choć z pewnością niełatwa.

Jako, że powieść ta toczy się czterotorowo i głos jest na zmianę oddawany każdej z naszych bohaterek, mamy możliwość prześledzenia ich losów z różnych perspektyw, a jest to coś, co ja osobiście bardzo lubię i cenię. W moim odczuciu taka narracja dodaje książce pełni i wielokrotnie rzuca nowy blask na opowiadaną historię, bo niby jedno zdarzenie, a może być tak różnie interpretowane... Tak też było tutaj.  A było o czym opowiadać i co interpretować, bo losy tych wszystkich kobiet są doprawdy niezwykłe. Tu trzeba również przyznać, że w kontekście okupacyjno – powojennej Polski, autorce udało się naprawdę wspaniale rozbudować tło społeczno-obyczajowe.

Wracając jednak do naszych bohaterek. Kobieta jest tu słowem – kluczem. Choć mężczyźni, oczywiście, również się w tej książce pojawiają, to jednak są to postaci drugoplanowe, swego rodzaju zapalniki, które w ten czy inny sposób, mniej lub bardziej świadomie kształtują sposób myślenia i działania naszych bohaterek.  Autorka świadomie skupia się na płci pięknej i pokazuje ją niezwykle wielowymiarowo.  Kobiety jako siostry, matki, córki, żony, kochanki i przyjaciółki. Szukające szczęścia i to szczęście tracące. Żyjące złudzeniami, żyjące w poczuciu odpowiedzialności, zawsze świadome tego, że nic nie jest im dane raz na zawsze, bo właśnie w takich, a nie innych czasach i warunkach przyszszło im żyć. Niesamowite historie bardzo silnych kobiet, które są tak silne... bo muszą. Które chciałyby odetchnąć pełną piersią, ale nie mogą, więc przyjmują pozę nieczułych.

Nieczułych w sensie bardzo szczególnym. Nieczułych na to, co pomyślą inni, nieczułych na to, czego się od nich oczekuje. Ale jest to nieczułość pozorna, bo żadna z nich nie jest osobą zimną czy wyniosłą. Wbrew przekornemu tytułowi, w każdej z nich tli się chęć intensywnego odczuwania świata i życia, bo - choć każda inaczej - wszystkie one są wrażliwe. I łączy je jeden wspólny mianownik: wielka wzajemna lojalność i niesamowicie silne więzi rodzinne.

Tu właśnie dużą rolę odgrywa wspomniany we wstępie dom, który stał się w pewien sposób twierdzą i schronem przed światem zewnętrzym. Mury tego domu były na przestrzeni lat świadkiem wszystkich najważniejszych wydarzeń związanych z życiem Rozeli i jej córek. Tu jedną z nich zaatakowało wojsko rosyjskie, tu ukrywano potrzebujących, tu rodziły się dzieci, tu umierali bliscy. Tu podejmowano wszystkie najważniejsze decyzje, stąd się uciekało, ale i tu się zawsze z wielką ulgą powracało.

Całościowo książka ta robi bardzo dobre wrażenie. W moim odczuciu jest to niezwykle udany debiut i jestem zaskoczona, że tak młoda pisarka z tak dużą dojrzałością pisze o tak trudnych i zróżnicowanych emocjach. Fabuła jest bardzo wciągająca, a porterty psychologiczne, które autorka stworzyła są szalenie ciekawe i dopracowane, dzięki czemu „Nieczułość” czyta się jednym tchem. Śledząc losy naszych bohaterek mocno im kibicujemy, nie raz i nie dwa się na nie denerwujemy, ale na pewno nie jesteśmy w stanie przejść obok nich obojętnie. Kolejnym plusem, jak dla mnie, jest uroczo powściągliwy język pani Bundy. Nieco surowy, trochę reporterski, pozbawiony zbędnych ozdobników, a jednak niezwykle obrazowy. I, co chyba najważniejsze, niby jest to powieść obyczajowa i dostarczająca rozrywki, ale z pewnością nie jest to rozrywka pusta i bezrefleksyjna. Ogromnie się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam i z niecierpliwością będę wypatrywała kolejnych tytułów, bo mam nadzieje, że takie jeszcze wyjdą spod pióra pani Bundy.

[1] Bunda Martyn, „Nieczułość”, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 12

[2] tamże, str. 28

niedziela, 7 stycznia 2018

"Dzieci drzewa jakarandy" Sahar Delijani

Przyznam szczerze, iż zupełnie nie spodziewałam się, że pierwszą przeczytaną przeze mnie w tym roku książką będzie akurat ta z irańską rewolucją w tle, jednak za sprawą przypadku tak się właśnie  stało, a ja nie żałuję ani jednej minuty przy tej książce spędzonej.

"Ze łzami radości w oczach, załamującymi się z emocji głosami mówili o swoim triumfie, o triumfie narodu (...) Byli pełni nadziei. A jednak wiedzieli, że coś poszło nie tak. Władzę przejęli mężczyźni o surowych twarzach i zaciętych, wykrzywionych wściekłością ustach, którzy odwoływali się do Boga i twierdzili, że niosą prawdę i święte prawa. To było przerażające."*


Zdjęcie ze str. wydawcy
3 pokolenia Irańczyków, 7 poruszających opowieści, temat z cyklu tych, które ciężko streścić na 300 stronach i o którym ciężko pisać bez patosu, zwłaszcza, jeśli tak, jak w tym przypadku, autorka wplata wątki autobiograficzne (matka autorki, jak jedna z naszych bohaterek, urodziła dziecko w jednym z najgorszych irackich więzień). A jednak się udaje. Sahar Delijani znajduje złoty środek i pisze równie dobrze, co przejmująco o tym, co każdy z nas o najnowszej historii Iranu wiedzieć powinien, bo z jednej strony to, co tam zaszło w ostatnich 30 latach jest zjawiskiem naprawdę wyjątkowym (również z antropologicznego punktu widzenia), ale przede wszystkim dlatego, że książka ta wprost fantastycznie ukazuje nam ludzi z krwi i kości, którzy tę historię tworzyli. Zarówno te czarne charaktery, jakimi byli i są Strażnicy Rewolucji, jak i zwykłych obywateli, którzy po dziś dzień walczą o przywrócenie normalności i godności dla siebie i woich najbliższych. Jednak aby tę historię zrozumieć, należy znać choćby podstawy tego, co było przyczyną tejże rewolucji.

W wielkim skrócie: mowa tu o rewolucji z roku 1979, która to doprowadziła do przekształcenia Iranu z cywilizowanego, otwartego na świat kraju w republikę islamską. Obalono wtedy szacha Mohammada Rezę Pahlawiego, zarzucając mu iż jest zbyt otwartym przywódcą (utrzymywał bardzo dobre kontakty ze Stanami Zjednoczonymi i innymi krajami zachodnimi, dążył do równouprawnienia kobiet i obsadzania ważnych stanowisk również ludźmi z mniejszości religijnych), ale też, z drugiej strony, wytykając mu korupcję czy nadmierne działania SAWAK, czyli tajnej policji działającej na jego zlecenie. Policja ta w zamierzeniu miała gasić w zarodku silnie rozwijającą się opozycję, a finalnie doprowadziła do tego iż islamscy fantacy rośli w siłę, coraz sprawniej werbowali w swoje kręgi najniższe i najmniej zadowolone warstwy społeczne, obalając ostatecznie rządy Pahlawiego i osadzając na jego miejscu Ajatollaha Chomeiniego. Od tej pory zaczął się dla Iranu czas bardzo okrutny, tym bardziej, że w 1980 roku doszła do tego wszystkiego również wojna iracko - irańsko, gdzie - o ironio- zarówno Stany Zjednoczone, jak i świat zachodni opowiedziały się za Irakiem, bojąc się... rozprzestrzenienia irańskiej rewolucji islamskiej. W każdym razie dla irańskiej ludności skończyła się jakakolwiek wolność, a jej miejsce zajęła cenzura, brutalne pobicia, więzienia, represje i jeden wielki fanatyzm religijny. Szach tłumił kolejne protesty siłą, aresztując i zabijając demonstrujących.

Wracając jednak do książki... W moim odczuciu Sahar Delijani naprawdę wykazała się dużą odwagą pisząc o tym, o czym większość Irańczyków boi się mówić publicznie choćby słowo, a przy tym zrobiła to nad wyraz zgrabnie, tworząc powieść szalenie wielowymiarową. O temacie tak trudnym napisała w - jak dla mnie - fenomenalny sposób, przeplatając w odpowiednich proporcjach tematy bardzo ciężkie i przytłaczające z tymi, które pozwalają nam spojrzeć nam na Iran jej oczyma i zobaczyć kraj o niesamowitej tradycji, pięknej kulturze, a przede wszystkim poznać tamtejszą siłę więzi rodzinnych i wielopokoleniowych domów, które niczym tytułowe drzewo jakarandy dają korzenie i są ostoją bez względu na to jak się toczą losy kraju, a co za tym idzie, poszczególnych członków rodziny. Piękna lekcja lojalności, godności i poświęcenia w czasach, w których "Wszyscy nosili w sobie lęk. Jak kajdany wlekli go ze sobą ulicami, w cieniu smutnych, cudownych gór. I już nawet o tym nie wspominali. Strach stał się czymś nieuchwytnym, niewysłowionym. I rządził nimi, niewidzialny, wszechładny." **

Maman Zinat, Chale Lejla, Azar, Ismael, Amir czy Marjam... Przede wszystkim o nich jest ta książka. O ludziach po drugiej stronie barykady, broniących za wszelką cenę tego, co władza tak usilnie stara się im zabrać, a są to: człowieczeństwo, marzenia, wolność wyboru. I jest to nie tyle historia ich poczynań, co skutków tychże, bo samej polityki w "Dzieciach drzewa jakarandy" jest wbrew pozorom niewiele. Znajdziemy tu raczej skumulowanie związków przyczynowo skutkowych pomiędzy nacjonalizmem, a fanatyzmem, decyzjami rodziców, a późniejszymi wyborami dzieci, a przede wszystkim konsekwencji jakie pociąga za sobą stawianie oporu ludziom, którzy tak naprawdę sami nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi, ale są święcie przekonani, że robią dobrze, bo w imię Boga. Kim byli Ci ludzie?
"To byli strażnicy Rewolucji (...) Spuszczone ze smyczy potwory. Frankensteiny, które  zamykały w więzieniach, torturowały, zabijały i wypełniały masowe groby. Strażniczy, których jeszcze okrutniejsci protegowania grasowali teraz na ulicach i bili, zabijali, rozgramiając demonstracje." ***
Prości, młodzi ludzie wyrwani ze swoich wiosek, którzy poczuli władzę i urządzili swoim rodakom prawdziwe piekło na ziemi.
"Przez te czterdzieści pięć dni Amir dobrze poznał smród gnijącego mięsa. Dzień po dniu, wśród nakłądających się warst brudu, przesłuchanie po przesłuchaniu - podczas których powtarzały się te same oskarżenia, pytania, groźby, jak jakiś koszmar bez początku i końca - uczyli go czuć się jak zwierze. Nieszczęsne, cuchnące, ślepe zwierzę, któe nie ma już na co czekać, jak tylko na mijanie kolejnych godzin, dostanie czegoś do zjedzenia i wyprowadzenie do łazienki, żeby się wypróżnić.
  Stopniowo tracił poczucie łączności ze światem zewnętrznym. (...) Wszystko to wydawało się jak sen, słodki, nieosiągalny sen." ****
Nie będę ukrywać - nie jest to powieść, która napełni nas optymizmem i, którą skończymy z lekkim sercem. Ale chyba też nie o to tutaj chodzi. Myślę, że celem autorki było przede wszystkim to, aby uświadomić nam, że Bliski Wschód jaki znamy z mediów jest bardzo jednowymiarowy, a tak naprawdę mnóstwo w nim innych odcieni. Mną ta książka na swój sposób wstrząsneła, bo choć wiedziałam już co nieco o tym kraju (przy okazji gorąco polecam Wam wspaniałą powieść graficzną w tym temacie - "Persepolis" Marjane Satrapi!), to jedak dzięki tej powieści moja perspektywa znacznie się roszerzyła.  Ogromnie się cieszę, że w mniej więcej tym samym czasie odkryłam w biblioteczce taty reportaż "Wiza do Iranu" Artura Orzecha, bo autentycznie zaintrygował mnie ten temat i cieszę się, że będę mogła dowiedzieć się na temat tego kraju jeszcze więcej.



*      Delijani Sahar, "Dzieci drzewa jakarandy", Wydawnictwo Albatros, 2014, str. 27
**    tamże, str. 37
***   tamże, str. 29
**** tamże, str. 124

piątek, 10 listopada 2017

„Gottland” - spotkanie z Mariuszem Szczygłem w Monachium


Mariusz Szczygieł - pisarz, reportażysta, dziennikarz, założyciel Fundacji Instytut Reportażu oraz Wydawnictwa Dowody na Istnienie, a także wielki miłośnik i znawca kultury oraz literatuty czeskiej. Na swoim koncie ma 10 książek przetłumaczonych  na kilkanaście języków, m.in. czeski, rosyjski, ukraiński, włoski, hiszpański, niemiecki, węgierski i estoński, przy czym największą popularnością bez wątpienia cieszy się wydany w 2006 roku „Gottland“. Stał się on bestsellerem  nie tylko w Polsce, ale i w Czechach,  niemiecka  „Wiener Zeitung”  określiła tę książkę jako „wielką literaturę pod płaszczem reportażu”, a francuski Uniwersytet w Lille uhonorował ją w kwietniu 2009 nagrodą Prix Amphi.

O czym „Gottland” opowiada? Najprościej rzecz ujmując - o  paradoskach życia w Czechach w czasie reżimu komunistycznego. Jest to zbiór kilkunastu naprawdę mocnych reoportaży o ludziach, którym przyszło żyć w czasach absurdu, lęku i wygórowanej cenie jaką niejednokrotnie płacili za pozornie błahe decyzje czy niezręczne sploty wydarzeń. Przeczytamy więc m.in. o aktorce, Lidzie Baarovej  w której to zakochał się sam Goebbels, czym tak narawdę zniszczył jej życie, o rzeźbiarzu Otakarze Szvecu, który pod naciskiem władzy musiał stworzyć największy pomnik Stalina na kuli ziemskiej, co skończyło się samobójstwem Szveca czy też piosenkarce Marcie Kubiszovej, której komunistyczny reżim na 20 lat zabronił śpiewać i skasował nagrania z radiowych archiwów.

W nawiązaniu do książki powstał również film o tym samym tytule, który został wyreżyserowany przez grupę studentów słynnej praskiej szkoły filmowej FAMU. Są to: Viera  Čákanyová, Petr Hátle, Rozálie Kohoutová, Lukáš Kokeš, Radovan Sibrt, Klára Tasovská. I choć tak naprawdę bardzo mocno odbiega on od książki, to Czeskie Centrum w Monachium  przy okazji filmowej adaptacji "Gottlandu" postanowiło zaprosić Mariusza Szczygła do wspólnej dyskusji na temat tego, co książkę i film łączy, a co różni. Spotkanie odbyło się dn. 17.10.2017 w kinie Rio Filmpalast i okazało się być niezwykle udane. Oczywiście nie sposób opisać tu całości, skupię się więc na dwóch leitmotivach.

„Ci panowie posunęli moją książkę dużo dalej. Czasem o 2 metry, czasem o jeden przystanek autobusowy, czasem o całą dzielnicę...” 

Autor z wrodzonym sobie wdziękiem i humorem opowiedział o kulisach powstawania filmu i tym, że celowo nie ingerował w żaden sposób w jego powstanie. Ba, nawet na scenariusz nic chciał spojrzeć, aby się niepotrzebnie nie denerwować. Nie zaskoczyła go więc rozbieżność między obydwoma formatami i nie widzi nic dziwnego w tym, iż pod jedną flagą występują dwa aż tak różne dzieła. Przede wszystkim cieszy się z tego, że młodzi ludzie inspirują się jego pisaniem, bo zawsze z wielkim zainteresowaniem śledzi wrażenia swoich czytelników, a dzięki takim produkcjom jak ta, ma właśnie możliwość prześledzenia czytelniczych asocjacji swoich odbiorców.

„Pisarz fikcji jest Bogiem swoich bohaterów, pisarz reportaży, ich sługom...”

Niezwykle ciekawym elementem spotkania okazały się rozmowy o warsztacie pisarskim autora. Bardzo trafnie objaśnił on specyfikę gatunku, jakim jest reportaż oraz opisał czym wyróżnia się reporaż polski na tle reportaży z innych krajów. Niemniejszą popularnością cieszył się wątek współpracy z panią Hanną Krall, jedną z najwybitniejszych przedstawicielek tego gatunku w Polsce. Poproszony o to, aby wymienił kilka najważniejszych  rzeczy, których się od niej nauczył, bez chwili namysłu odpowiedział, że przede wszystkim tego, iż nic nie jest oczywiste. Po drugie, reportaż jest po to, aby zrozumieć człowieka. Nie usprawiedliwiać jego postępowanie, ale spróbować je pojąć. I trzecie, chyba najbardziej skłaniające  do refleksji – zdania w tekście reportażowym  muszą być krótkie i szybkie. Tak jak dzisiejsze życie. Bo dziś już mało kto może sobie pozwolić na czytanie zdań długich i wolnych... 

Jeśli chodzi o moje wrażenia z projekcji filmu, to odczucia miałam dość mieszane, jednak spotkanie z panem Szczygłem uważam za szalenie udane. Być może nie jestem całkiem obiektywna, ponieważ jest to jeden z tych autorów, którego śledzę niemalże od początku jego kariery, kibicuję i ogromnie podziwiam za zaangażowanie w rozwój i promocję polskiego reportażu, niemniej po rozmowach z innymi uczestnikami spotkania odnoszę wrażenie, że wszyscy byliśmy pod tak samo zachwyceni. Po pierwsze, pan Szczygieł zahipnotyzował nas swoim głosem i cudownymi anegdotami, których można by słuchać bez końca, a po drugie, okazał się on być niezwykle sympatyczną i otwartą osobą. Jedyne czego w tym wszystkim zabrakło, to czas. Ze względu na sztywne ramy czasowe, niezależne od organizatorów czy autora (rozmowa odbywała się w sali kinowej, gdzie o konkretnej godzinie rozpoczynał się seans innego filmu), spotkanie trwało niezbyt długo, co pozostawiło wielki niedosyt. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że jeszcze niejedna wizyta pana Szczygła w Monachium przed nami!

czwartek, 9 listopada 2017

Listopadowe stosiki, czyli nowości w domowej biblioteczce

Było już o tym, co ostatnio przeczytałam podczas pobytu w Polsce, teraz będzie o tym, co tam zakupiłam.

Pierwszy stosik, to nabytki z antykwariatu, za wyjątkiem "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierza Nowaka, którą to zabrałam z biblioteczki rodziców. Kiedyś już tę książkę czytałam, jednak w związku z tym, że w moim rodzinnym mieście odbyła się niedawno wystawa poświęcona tej wyprawie, postanowiłam sobie ten tytuł odświeżyć. Pamiętam, że książka ta była bardzo ciekawa, a do tego napisana pięknym, nieco już staromodnym językiem w stylu uwielbianego przeze mnie Fiedlera (z resztą nic dziwnego, bo jest to ten sam rocznik, ta sama pasja i ta sama klasa), więc z przyjemnością do niej wrócę.


"Polska Piastów" Pawła Jasienicy, to luźne literackie opowiadanie o dziejach Polski, a zarazem zakup z którego cieszę się najbardziej, bo  książka, która od dawna była na mojej liście, jednak jej obecna cena rynkowa, czyli 39zł mocno studziła mój zapał. Tu zapłaciłam za nią 4zł, a do tego wydanie, które znalazłam jest naprawdę piękne, więc radość wielka.

"Inne rozkosze" Jerzego Pilcha, to jedna z nielicznych książek tego autora, których jeszcze nie czytałam (pomijam te wszystkie wywiady i biografie, które się w ostatnich latach ukazały, bo to mnie póki co nie interesuje). Cena: 2zł

"Co się wydarzyło w Madison County" R. J. Wallera, to jedna z pierwszych książek, które przeczytałam w tym roku i tak bardzo mi się ona podobała, że postanowiłam nabyć również klasyczne wydanie (wtedy czytałam ebooka). Jestem bardziej niż pewna, że nie raz i nie dwa do niej wrócę. Cena: 3zł

"Lapidarium" Ryszarda Kapuścińskiego czytałam kiedyś fragmentami, teraz przeczytałam całość. Fenomenalna lektura i poluję na kolejne tomy. Cena: 4zł

"...i poniosły konie" Włodzimierza Odojewskiego to książka wzięta z tego względu, że dużo dobrego słyszałam o tym pisarzu. Zajmuje się on głównie tematyką okołowojennych stosunków polsko - ukraińskich z perspektywy zwykłych ludzi i podobno robi to nad wyraz dobrze. Cena: 3zł


Stosik numer dwa, to poza jednym spontanicznym zakupem w Empiku i dwoma książkami zabranymi tacie, tytuły nabyte w naprawdę okazyjniej cenie (między 8, a 13zł) w outlecie Składnica Księgarska, który odkryłam dzięki prowadzącej youtubowy  kanał Book z Tobą.




Pierwsza od góry, czyli "Po Bajkale" Jakuba Rybickiego to książka o której pierwszy raz usłyszałam dwa lata temu na nieistniejącym już niestety kanale, "Trochę Kurtury" (link do tego filmiku TUTAJ). Ogromnie mnie ona wtedy zaintrygowała, więc kiedy tylko zobaczyłam ją w nowych nabytkach taty zrobiłam oczy kota ze Shreka pytając "Moooogę, Tato? Mogę?!" i nie miał biedny wyjścia... Obiecałam, że oddam na Święta, więc już się zabrałam za czytanie i na chwilę obecną, jestem bardzo na tak!

"Pióropusz" Mariana Pilota to laureat Nagrody Nike z 2011 roku, o którym przypomniałam sobie dzięki dziewczynom z Krótkiej Przerwy, jednak po wstępnym przekartkowaniu nie jestem do końca przekonana czy będzoe między nami chemia. Ale wypowiem się, jak przeczytam.

 "Fatum Laury Uolla" Susany Fortes, to książka, która również kusiła mnie od jakiegoś czasu, jednak nie sięgałam po nią, bo bałam się, że tak jak przy pierwszych podejściach do Marqueza, rozczaruję się. Teraz jednak, kiedy dojrzałam w końcu do lektury "Stu lat samotności" i książka ta bardzo mi się spodobała, postanowiłam spróbować równie z panią Fortes.

"Książka której nie ma " Santiago Pajaresa - nie pamiętam gdzie, nie pamiętam kiedy, ale zasłyszana opinia była bardzo dobra, cena teraz wyjątkowo niska, więc pomyślałam: bierę! ;)

"Salki" Wojciech Nowicki. Tu po prostu zainteresował mnie opis z okładki, a że książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarnego na którym się jeszcze nigdy nie zawiodłam, to myślę, że żałować nie będę. A opis z okładki brzmi tak: Salki to niespieszna podróż w czasie i przestrzeni. Wojciech Nowicki wyłuskuje z przeszłości dzieje swoich kresowych przodków, ich wspomnienia, obawy i krzywdy, tworząc uniwersalny obraz tęsknoty i lęku. To także zapis podróży do światowych metropolii, miast, wsi i przysiółków, opowieść o ciągnącej w daleki świat włóczędze "z domami w głowie i poczuciem bezdomności". Znakomita refleksyjna proza.

"Córka" Eleny Ferrante to właśnie ten jeden jedyny empikowski "spontan". Nazwisko autorki tak często obijało mi się ostatnio o uszy, że postanowiłam sama się przekonać o co tyle szumu i faktycznie zapowiada się to na kilka ciekawych godzin.

 "Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku" Mortena A. Stroksnesa, to nietrafiony zakup taty, który ja z przyjemnością przygarnęłam, bo też był swego czasu na mojej liście. Tato, jako były marynarz często kupuje książki z morzem w tle, jednak preferuje on opowieści o przygodach na morzu inneg typu, czyli więcej akcji, mniej filozoficznych rozterek, a ja wręcz odwrotnie, więc w tym przypadku nawet nie musiałam specjalnie prosić. ;)

"Opowiadania t. 1" Cortázar. Po intrygującej "Grze w klasy" czas na małe formy w dużym tomisku. Bardzo chwalone, bardzo polecane, czas się przekonać na własnej skórze.

"Marlene" Angelika Kuźniak. Po pierwsze, lubię biografie i jestem bardzo ciekawa historii Marleny Dietrich, po drugie, urzekł mnie styl Kuźniak kiedy czytałam "Papuszę", po trzecie, Wydawnictwo Czarne - jak już wspominałam - jeszcze nigdy mnie nie zawiodło, więc jak nie kupić?

Ostatnie zakupy dla mnie, to trzy magazyny, które zawsze kupuję będąc w Polsce i które raczej znacie, więc nie będę o nich opowiadać, tylko pokażę.


I na koniec trzy książki, które kupiłam dla dzieci. Normalnie zawsze przywoziłam wielkie ich stosiko, jednak od kiedy starszy syn chodzi do szkoły i korzysta ze szkolenej biblioteki i odkąd ja objęłam funkcję weekendowej bibliotekarki w polskiej szkole, nie ma takiej potrzeby. Te trzy tytuły jednak musiały zagościć na stałe w naszej domowej biblioteczce, bo wiem, że wiele razy będziemy do nich wracać.


"Nowe przygody Bolka i Lolka. Łowcy tajemnic" to kolejna część cyklu o znanych nam wszystkim chłopcach, wydanego nakładem Wydawnictwa ZNAK. Znani autorzy książek dla dzieci dopisują w nich własne historie i wychodzi im to naprawdę dobrze. Opowiastki te, choć są nieco uwspółcześnione (co akurat dla nas działa na plus, choćby ze względu na bardziej przystępny język) nadal są tak samo przewrotne i pełne humoru, więc mogę tylko polecić. Poprzednia część jest wciąż jedną z najchętniej czytanych książek przez moich łobuzów, mimo tego, że mają ją od ponad dwóch lat.

"Rozbójnik Hotzenplotz" Otfrieda Preusslera, to absolutna klasyka literatury dziecięcej w Niemczech. Moje dzieci znają ją z przedszkola, ze szkoły, czytaliśmy i słuchaliśmy po niemiecku, więc bardzo się cieszę, że teraz będziemy mogli poznać ten tytuł również w wersji polskiej. Z resztą Otfried Preussler jest jedynym autorem, którego książki staram się kompletować w obydwu językach. Mamy już "Malutką Czarownicę, "Przygody Małego Wodnika", "Małego duszka", teraz "Rozbójnika...", więc zostaje już jedynie "Hubert w wielkim kapeluszu" i "Krabat".

"Wampirek i zagadkowa trumna" Angeli Sommer Bodenburg to kolejna część bardzo popularnego i zabawnego cyklu (łącznie jest 16 tomów) o niezwykłej przyjaźni między dziećmi ludzkimi i wampirzymi, a zarazem książka do której moje dzieci zabrały się w pierwszej kolejności. Nie do końca rozumiem na czym polega jej fenomen, bo znam wiele równie zabawnych książeczek dla dzieci, niemniej dopóki moje dzieci mają taką frajdę przy czytaniu, dopóty będę kupować i nie wnikać. ;)

I tak to wygląda, moi drodzy. Ogromnie się cieszę z tego, co przywiozłam, bo są to książki, które naprawdę bardzo chcę przeczytać, a że tak się złożyło, że akurat teraz mój czytnik wyzionął ducha, to istnieje nawet spora szansa, że choć część z nich przeczytam w najbliższym czasie. ;)