piątek, 13 kwietnia 2018

"Olive Kitteridge" Elisabeth Strout

Miasteczko Crosby, Nowa Anglia, Wschodnie Wybrzeże USA. Miejsce gdzie każdy zna każdego lub też gdzie każdemu się wydaje, że wie wszystko o innych. Tak poznajemy Olive Knitteridge, która swoim specyficznym i bardzo oschłym zachowaniem jawi się jako irytująca i pozbawiona wszelkiego taktu osoba. Czy jest taką naprawdę czy może za tą postawą kryje się zupełnie coś innego? A jak jest z pozostałymi mieszkańcami? Czy oni sami nie mają nic do ukrycia? Czy nie osądzają Olive zbyt pochopnie?

Zdjęcie ze strony lubimyczytac.pl

Przyznam, że ta książka nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Dopiero od trzeciego rozdziału zaczęło do mnie docierać, że w tych pozornie spokojnych opowiadaniach kryje się dużo, dużo więcej. Ba, im więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym śmielej twierdzę, że jest to naprawdę dojrzała, głęboka proza pozbawiona pretensjonalnej otoczki, która niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny i dotyka problemów istotnych dla wszystkich, którzy pierwszą, a nawet drugą młodość mają już za sobą. Są to samotność, syndrom pustego gniazda, choroby, borykanie się ze śmiercią bliskich, a także zwyczajny bilans zysków i strat, kiedy patrzymy na siebie w kontekście minionych lat i siebie jako partnera, rodzica czy przyjaciela.
„Przeżyła to i owo. Ale nie ma o czym mówić. Wyprostowałą plecy. Inni też swoje przeżyli.”*
Olive jest cudownie złożoną i niejednoznaczną postacią. Rozdartą wewnętrznie. Jak wspomniałam, początkowo mamy wrażenie, że jest strasznie oschła, nieprzyjemna i, że obce są jej wszelkie konwenanse. Jednak poznając jej historię bliżej, zaczynamy rozumieć skąd wzięła się ta skorupa, którą budowała przez lata, aby odseparować się od innych. Traumatyczny incydent w dzieciństwie  rzutuje na całe jej przyszłe życie, a przede wszystkim na to, jaką staje się matką, żoną i czym to zaowocuje jeszcze później. Jednak nawet to odseparowanie się i od bliskich i od sąsiadów jest w jej przypadku interesujące, bo choć sama o swoim życiu mówi innym niewiele i nawet nie sili się na to, aby być lubianą, to jednak jest bardzo bystrym obserwatorem i nie przechodzi obojętnie obok tych, którzy potrzebują pomocy. Wyczuwa, gdzie należy wyciągnąć rękę i niejednokrotnie robi to jako pierwsza, jednak robi to jednak po swojemu. Nie przynosi ciast, nie tuli, nie żongluje frazesami. Pojawia się obok i słucha. I tylko w tak intymnych momentach zdradza coś ze swojego życia.

„Duży wysiłek, poczuli pragnienie i w końcu wstąpili na deser lodowy do kawiarenki przy Water Street, gdzie młoda kelnerka o ponurym wyrazie twarzy za każdym razem dawała im rabat dla emerytów, choć nigdy o to nie prosili. Żartowali sobie później z tego, że dziewczyna, stawiając na stoliczku ich kubki z kawą, nie ma pojęcia, że jej ręce także będą kiedyś upstrzone plamami wątrobowymi, a picie kawy będzie trzeba zaplanować ze względu na leki regulujące ciśnienie kwri, i że życie toczy się coraz szybciej, aż wreszcie prawie całe przemija – co właściwie zapiera człowiekowi dech” **
Jednak „Olive Knitteridge” to opowieść nie tylko o samej Olive, ale i o wielu innych mieszkańcach Crosby. Mała społeczność ze wszystkimi jej plusami i minusami tworzy bardzo malownicze, choć i nieco przytłaczające tło. Bo w zaciszu każdego z domów czają się małe i wielkie dramaty. Niejednokrotnie poznajemy tych ludzi w momentach, kiedy są już na takim etapie życia, że nic nie mogą zmienić, a niestety wiele w ich życiu poszło zupełnie nie tak, jak tego chcieli. Pięknie ukazana jest tu jesień życia, bo taka, jaką jest naprawdę, ze wszystkimi jej odcieniami. Strachem o najbliższych, smotnością, własną niemocą. Wspaniała przeciwaga dla tak modnego obecnie stylu „forever young” i choćby już z tego względu warto po tę powieść sięgnąć.
(...) Jane w milczeniu nabrała tchu i pomyślała, że jednak nie zazdrości tym dziewczętom z lodziarni. Ze znudzonymi oczami kelnerek podających lodowe desery kryła się – Jane wiedziała o tym – żarliwość, głębokie pragnienia i wielkie rozczarowania, czekało je mnóstwo nieporozumień, a ponad to (co bardziej wyczerpujące) gniew. Zanim z tym skończą, będą kogoś obwiniać, obwiniać i obwiniać, a potem także tym się zmęczą” ***
Ważny w tej powieści jest też język, którym operuje Strout. Jest on dokładnie taki, jaka jest i sama Olive. Szorstki , powściągliwy, pozornie sztywny. Ale jest to zabieg celowy i udany. Bo czasem – w tym przypadku na pewno - mniej, znaczy więcej. Stąd też wydaje mi się, że jest to książka jednak raczej dla dojrzałego aniżeli młodego czytelnika. Może inaczej – młodemu też się może bardzo spodobać, ale bez pewnego bagażu życiowych doświadczeń, nie wyczuje on pewnych niuansów i drugiego dna. Nie zrozumie wielu zachowań Olive. Oczywiście w żaden sposób nie przeszkodzi to w delektowaniu się naprawdę wartościową powieścią. Po prostu warto będzie do niej wrócić w przyszłości i porównać swoje odczucia.

Reasumując, dawno nie czytałam już tak dobrej powieści. Z pewnością będzie ona na mojej liście najważniejszych książek tego roku, bo historia ta oplata i nie puszcza ze swoich objęć, nie pozwala o sobie zapomnieć. Tu przypomnimy sobie jakiś dialog, tam sytuację, jeszcze gdzie indziej odczucia Oliv. Te myśli są jak niteczki babiego lata, które de facto tak samo zwiastuje koniec lata i wprowadza w klimat wczesnej jesieni. Tyle, że w przypadku Olive i jej sąsiadów, tej życiowej. Gorąco Was zachęcam do sięgnięcia po tę książkę. Serial na jej podstawie podobno równie fantastyczny, więc też planuję niebawem obejrzeć.



A Wy czytaliście już jakąś powieść tej autorki? Możecie coś polecić?

*    "Olive Kitteridge" Elisabeth Strout, Wydawnictwo Wielka Litera 2018, str. 159
**   tamże, str. 176
*** tamże, str. 195

sobota, 3 lutego 2018

"Nieczułość" Martyna Bunda

Nieczułość, nieczuły
1. «niezdolny do okazywania uczuć; też: świadczący o braku uczucia»
2. «niereagujący lub mało wrażliwy na coś»

Tak słownik języka polskiego definiuje słowo, które jest leitmotivem debiutanckiej powieści Martyny Bundy. A jak my sami będziemy postrzegali ten tytuł po skończonej lekturze?


Rozela  jest hardą i bezkompromisową kobietą, która – po części przez swój charakter, po części zmuszona przez życie – zawsze podąża swoją drogą, zupełnie nie bacząc na to, co pomyślą inni. „Córka nieślubna córki nieślubnej, przeznaczona do życia w wiecznym wstydzie, głowę trzymała wysoko, tego też ucząc córki. Szlachetna. Choć chłopka. Odważna. Choć dziewczyna. Z prostej kaszubskiej chałupy wyszedłszy, ani liter, ani nawet polskiego języka dobrze nie poznawszy – sama, bez męża, postawiła pierwszy w Dziewczej Górze dom ceglany”. [1] Tu można śmiało dodać, że dom ten, obok samej Rozeli i jej trzech córek, będzie niejako piątym bohaterem tej książki. Najpierw jednak córki.

„Trzy miała córki, kochała je jednakowo, ale nie umiała jednakowo ich traktować”.  [2] I nic dziwnego, bo trzech bardziej od siebie różnych charakterów ze świecą szukać. Gerta –to ta rozważna, Ilda – szalona, Truda – emocjalna. Łączy je jednak więź niezwykła, choć z pewnością niełatwa.

Jako, że powieść ta toczy się czterotorowo i głos jest na zmianę oddawany każdej z naszych bohaterek, mamy możliwość prześledzenia ich losów z różnych perspektyw, a jest to coś, co ja osobiście bardzo lubię i cenię. W moim odczuciu taka narracja dodaje książce pełni i wielokrotnie rzuca nowy blask na opowiadaną historię, bo niby jedno zdarzenie, a może być tak różnie interpretowane... Tak też było tutaj.  A było o czym opowiadać i co interpretować, bo losy tych wszystkich kobiet są doprawdy niezwykłe. Tu trzeba również przyznać, że w kontekście okupacyjno – powojennej Polski, autorce udało się naprawdę wspaniale rozbudować tło społeczno-obyczajowe.

Wracając jednak do naszych bohaterek. Kobieta jest tu słowem – kluczem. Choć mężczyźni, oczywiście, również się w tej książce pojawiają, to jednak są to postaci drugoplanowe, swego rodzaju zapalniki, które w ten czy inny sposób, mniej lub bardziej świadomie kształtują sposób myślenia i działania naszych bohaterek.  Autorka świadomie skupia się na płci pięknej i pokazuje ją niezwykle wielowymiarowo.  Kobiety jako siostry, matki, córki, żony, kochanki i przyjaciółki. Szukające szczęścia i to szczęście tracące. Żyjące złudzeniami, żyjące w poczuciu odpowiedzialności, zawsze świadome tego, że nic nie jest im dane raz na zawsze, bo właśnie w takich, a nie innych czasach i warunkach przyszszło im żyć. Niesamowite historie bardzo silnych kobiet, które są tak silne... bo muszą. Które chciałyby odetchnąć pełną piersią, ale nie mogą, więc przyjmują pozę nieczułych.

Nieczułych w sensie bardzo szczególnym. Nieczułych na to, co pomyślą inni, nieczułych na to, czego się od nich oczekuje. Ale jest to nieczułość pozorna, bo żadna z nich nie jest osobą zimną czy wyniosłą. Wbrew przekornemu tytułowi, w każdej z nich tli się chęć intensywnego odczuwania świata i życia, bo - choć każda inaczej - wszystkie one są wrażliwe. I łączy je jeden wspólny mianownik: wielka wzajemna lojalność i niesamowicie silne więzi rodzinne.

Tu właśnie dużą rolę odgrywa wspomniany we wstępie dom, który stał się w pewien sposób twierdzą i schronem przed światem zewnętrzym. Mury tego domu były na przestrzeni lat świadkiem wszystkich najważniejszych wydarzeń związanych z życiem Rozeli i jej córek. Tu jedną z nich zaatakowało wojsko rosyjskie, tu ukrywano potrzebujących, tu rodziły się dzieci, tu umierali bliscy. Tu podejmowano wszystkie najważniejsze decyzje, stąd się uciekało, ale i tu się zawsze z wielką ulgą powracało.

Całościowo książka ta robi bardzo dobre wrażenie. W moim odczuciu jest to niezwykle udany debiut i jestem zaskoczona, że tak młoda pisarka z tak dużą dojrzałością pisze o tak trudnych i zróżnicowanych emocjach. Fabuła jest bardzo wciągająca, a porterty psychologiczne, które autorka stworzyła są szalenie ciekawe i dopracowane, dzięki czemu „Nieczułość” czyta się jednym tchem. Śledząc losy naszych bohaterek mocno im kibicujemy, nie raz i nie dwa się na nie denerwujemy, ale na pewno nie jesteśmy w stanie przejść obok nich obojętnie. Kolejnym plusem, jak dla mnie, jest uroczo powściągliwy język pani Bundy. Nieco surowy, trochę reporterski, pozbawiony zbędnych ozdobników, a jednak niezwykle obrazowy. I, co chyba najważniejsze, niby jest to powieść obyczajowa i dostarczająca rozrywki, ale z pewnością nie jest to rozrywka pusta i bezrefleksyjna. Ogromnie się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam i z niecierpliwością będę wypatrywała kolejnych tytułów, bo mam nadzieje, że takie jeszcze wyjdą spod pióra pani Bundy.

[1] Bunda Martyn, „Nieczułość”, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 12

[2] tamże, str. 28

niedziela, 7 stycznia 2018

"Dzieci drzewa jakarandy" Sahar Delijani

Przyznam szczerze, iż zupełnie nie spodziewałam się, że pierwszą przeczytaną przeze mnie w tym roku książką będzie akurat ta z irańską rewolucją w tle, jednak za sprawą przypadku tak się właśnie  stało, a ja nie żałuję ani jednej minuty przy tej książce spędzonej.

"Ze łzami radości w oczach, załamującymi się z emocji głosami mówili o swoim triumfie, o triumfie narodu (...) Byli pełni nadziei. A jednak wiedzieli, że coś poszło nie tak. Władzę przejęli mężczyźni o surowych twarzach i zaciętych, wykrzywionych wściekłością ustach, którzy odwoływali się do Boga i twierdzili, że niosą prawdę i święte prawa. To było przerażające."*


Zdjęcie ze str. wydawcy
3 pokolenia Irańczyków, 7 poruszających opowieści, temat z cyklu tych, które ciężko streścić na 300 stronach i o którym ciężko pisać bez patosu, zwłaszcza, jeśli tak, jak w tym przypadku, autorka wplata wątki autobiograficzne (matka autorki, jak jedna z naszych bohaterek, urodziła dziecko w jednym z najgorszych irackich więzień). A jednak się udaje. Sahar Delijani znajduje złoty środek i pisze równie dobrze, co przejmująco o tym, co każdy z nas o najnowszej historii Iranu wiedzieć powinien, bo z jednej strony to, co tam zaszło w ostatnich 30 latach jest zjawiskiem naprawdę wyjątkowym (również z antropologicznego punktu widzenia), ale przede wszystkim dlatego, że książka ta wprost fantastycznie ukazuje nam ludzi z krwi i kości, którzy tę historię tworzyli. Zarówno te czarne charaktery, jakimi byli i są Strażnicy Rewolucji, jak i zwykłych obywateli, którzy po dziś dzień walczą o przywrócenie normalności i godności dla siebie i woich najbliższych. Jednak aby tę historię zrozumieć, należy znać choćby podstawy tego, co było przyczyną tejże rewolucji.

W wielkim skrócie: mowa tu o rewolucji z roku 1979, która to doprowadziła do przekształcenia Iranu z cywilizowanego, otwartego na świat kraju w republikę islamską. Obalono wtedy szacha Mohammada Rezę Pahlawiego, zarzucając mu iż jest zbyt otwartym przywódcą (utrzymywał bardzo dobre kontakty ze Stanami Zjednoczonymi i innymi krajami zachodnimi, dążył do równouprawnienia kobiet i obsadzania ważnych stanowisk również ludźmi z mniejszości religijnych), ale też, z drugiej strony, wytykając mu korupcję czy nadmierne działania SAWAK, czyli tajnej policji działającej na jego zlecenie. Policja ta w zamierzeniu miała gasić w zarodku silnie rozwijającą się opozycję, a finalnie doprowadziła do tego iż islamscy fantacy rośli w siłę, coraz sprawniej werbowali w swoje kręgi najniższe i najmniej zadowolone warstwy społeczne, obalając ostatecznie rządy Pahlawiego i osadzając na jego miejscu Ajatollaha Chomeiniego. Od tej pory zaczął się dla Iranu czas bardzo okrutny, tym bardziej, że w 1980 roku doszła do tego wszystkiego również wojna iracko - irańsko, gdzie - o ironio- zarówno Stany Zjednoczone, jak i świat zachodni opowiedziały się za Irakiem, bojąc się... rozprzestrzenienia irańskiej rewolucji islamskiej. W każdym razie dla irańskiej ludności skończyła się jakakolwiek wolność, a jej miejsce zajęła cenzura, brutalne pobicia, więzienia, represje i jeden wielki fanatyzm religijny. Szach tłumił kolejne protesty siłą, aresztując i zabijając demonstrujących.

Wracając jednak do książki... W moim odczuciu Sahar Delijani naprawdę wykazała się dużą odwagą pisząc o tym, o czym większość Irańczyków boi się mówić publicznie choćby słowo, a przy tym zrobiła to nad wyraz zgrabnie, tworząc powieść szalenie wielowymiarową. O temacie tak trudnym napisała w - jak dla mnie - fenomenalny sposób, przeplatając w odpowiednich proporcjach tematy bardzo ciężkie i przytłaczające z tymi, które pozwalają nam spojrzeć nam na Iran jej oczyma i zobaczyć kraj o niesamowitej tradycji, pięknej kulturze, a przede wszystkim poznać tamtejszą siłę więzi rodzinnych i wielopokoleniowych domów, które niczym tytułowe drzewo jakarandy dają korzenie i są ostoją bez względu na to jak się toczą losy kraju, a co za tym idzie, poszczególnych członków rodziny. Piękna lekcja lojalności, godności i poświęcenia w czasach, w których "Wszyscy nosili w sobie lęk. Jak kajdany wlekli go ze sobą ulicami, w cieniu smutnych, cudownych gór. I już nawet o tym nie wspominali. Strach stał się czymś nieuchwytnym, niewysłowionym. I rządził nimi, niewidzialny, wszechładny." **

Maman Zinat, Chale Lejla, Azar, Ismael, Amir czy Marjam... Przede wszystkim o nich jest ta książka. O ludziach po drugiej stronie barykady, broniących za wszelką cenę tego, co władza tak usilnie stara się im zabrać, a są to: człowieczeństwo, marzenia, wolność wyboru. I jest to nie tyle historia ich poczynań, co skutków tychże, bo samej polityki w "Dzieciach drzewa jakarandy" jest wbrew pozorom niewiele. Znajdziemy tu raczej skumulowanie związków przyczynowo skutkowych pomiędzy nacjonalizmem, a fanatyzmem, decyzjami rodziców, a późniejszymi wyborami dzieci, a przede wszystkim konsekwencji jakie pociąga za sobą stawianie oporu ludziom, którzy tak naprawdę sami nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi, ale są święcie przekonani, że robią dobrze, bo w imię Boga. Kim byli Ci ludzie?
"To byli strażnicy Rewolucji (...) Spuszczone ze smyczy potwory. Frankensteiny, które  zamykały w więzieniach, torturowały, zabijały i wypełniały masowe groby. Strażniczy, których jeszcze okrutniejsci protegowania grasowali teraz na ulicach i bili, zabijali, rozgramiając demonstracje." ***
Prości, młodzi ludzie wyrwani ze swoich wiosek, którzy poczuli władzę i urządzili swoim rodakom prawdziwe piekło na ziemi.
"Przez te czterdzieści pięć dni Amir dobrze poznał smród gnijącego mięsa. Dzień po dniu, wśród nakłądających się warst brudu, przesłuchanie po przesłuchaniu - podczas których powtarzały się te same oskarżenia, pytania, groźby, jak jakiś koszmar bez początku i końca - uczyli go czuć się jak zwierze. Nieszczęsne, cuchnące, ślepe zwierzę, któe nie ma już na co czekać, jak tylko na mijanie kolejnych godzin, dostanie czegoś do zjedzenia i wyprowadzenie do łazienki, żeby się wypróżnić.
  Stopniowo tracił poczucie łączności ze światem zewnętrznym. (...) Wszystko to wydawało się jak sen, słodki, nieosiągalny sen." ****
Nie będę ukrywać - nie jest to powieść, która napełni nas optymizmem i, którą skończymy z lekkim sercem. Ale chyba też nie o to tutaj chodzi. Myślę, że celem autorki było przede wszystkim to, aby uświadomić nam, że Bliski Wschód jaki znamy z mediów jest bardzo jednowymiarowy, a tak naprawdę mnóstwo w nim innych odcieni. Mną ta książka na swój sposób wstrząsneła, bo choć wiedziałam już co nieco o tym kraju (przy okazji gorąco polecam Wam wspaniałą powieść graficzną w tym temacie - "Persepolis" Marjane Satrapi!), to jedak dzięki tej powieści moja perspektywa znacznie się roszerzyła.  Ogromnie się cieszę, że w mniej więcej tym samym czasie odkryłam w biblioteczce taty reportaż "Wiza do Iranu" Artura Orzecha, bo autentycznie zaintrygował mnie ten temat i cieszę się, że będę mogła dowiedzieć się na temat tego kraju jeszcze więcej.



*      Delijani Sahar, "Dzieci drzewa jakarandy", Wydawnictwo Albatros, 2014, str. 27
**    tamże, str. 37
***   tamże, str. 29
**** tamże, str. 124

piątek, 10 listopada 2017

„Gottland” - spotkanie z Mariuszem Szczygłem w Monachium


Mariusz Szczygieł - pisarz, reportażysta, dziennikarz, założyciel Fundacji Instytut Reportażu oraz Wydawnictwa Dowody na Istnienie, a także wielki miłośnik i znawca kultury oraz literatuty czeskiej. Na swoim koncie ma 10 książek przetłumaczonych  na kilkanaście języków, m.in. czeski, rosyjski, ukraiński, włoski, hiszpański, niemiecki, węgierski i estoński, przy czym największą popularnością bez wątpienia cieszy się wydany w 2006 roku „Gottland“. Stał się on bestsellerem  nie tylko w Polsce, ale i w Czechach,  niemiecka  „Wiener Zeitung”  określiła tę książkę jako „wielką literaturę pod płaszczem reportażu”, a francuski Uniwersytet w Lille uhonorował ją w kwietniu 2009 nagrodą Prix Amphi.

O czym „Gottland” opowiada? Najprościej rzecz ujmując - o  paradoskach życia w Czechach w czasie reżimu komunistycznego. Jest to zbiór kilkunastu naprawdę mocnych reoportaży o ludziach, którym przyszło żyć w czasach absurdu, lęku i wygórowanej cenie jaką niejednokrotnie płacili za pozornie błahe decyzje czy niezręczne sploty wydarzeń. Przeczytamy więc m.in. o aktorce, Lidzie Baarovej  w której to zakochał się sam Goebbels, czym tak narawdę zniszczył jej życie, o rzeźbiarzu Otakarze Szvecu, który pod naciskiem władzy musiał stworzyć największy pomnik Stalina na kuli ziemskiej, co skończyło się samobójstwem Szveca czy też piosenkarce Marcie Kubiszovej, której komunistyczny reżim na 20 lat zabronił śpiewać i skasował nagrania z radiowych archiwów.

W nawiązaniu do książki powstał również film o tym samym tytule, który został wyreżyserowany przez grupę studentów słynnej praskiej szkoły filmowej FAMU. Są to: Viera  Čákanyová, Petr Hátle, Rozálie Kohoutová, Lukáš Kokeš, Radovan Sibrt, Klára Tasovská. I choć tak naprawdę bardzo mocno odbiega on od książki, to Czeskie Centrum w Monachium  przy okazji filmowej adaptacji "Gottlandu" postanowiło zaprosić Mariusza Szczygła do wspólnej dyskusji na temat tego, co książkę i film łączy, a co różni. Spotkanie odbyło się dn. 17.10.2017 w kinie Rio Filmpalast i okazało się być niezwykle udane. Oczywiście nie sposób opisać tu całości, skupię się więc na dwóch leitmotivach.

„Ci panowie posunęli moją książkę dużo dalej. Czasem o 2 metry, czasem o jeden przystanek autobusowy, czasem o całą dzielnicę...” 

Autor z wrodzonym sobie wdziękiem i humorem opowiedział o kulisach powstawania filmu i tym, że celowo nie ingerował w żaden sposób w jego powstanie. Ba, nawet na scenariusz nic chciał spojrzeć, aby się niepotrzebnie nie denerwować. Nie zaskoczyła go więc rozbieżność między obydwoma formatami i nie widzi nic dziwnego w tym, iż pod jedną flagą występują dwa aż tak różne dzieła. Przede wszystkim cieszy się z tego, że młodzi ludzie inspirują się jego pisaniem, bo zawsze z wielkim zainteresowaniem śledzi wrażenia swoich czytelników, a dzięki takim produkcjom jak ta, ma właśnie możliwość prześledzenia czytelniczych asocjacji swoich odbiorców.

„Pisarz fikcji jest Bogiem swoich bohaterów, pisarz reportaży, ich sługom...”

Niezwykle ciekawym elementem spotkania okazały się rozmowy o warsztacie pisarskim autora. Bardzo trafnie objaśnił on specyfikę gatunku, jakim jest reportaż oraz opisał czym wyróżnia się reporaż polski na tle reportaży z innych krajów. Niemniejszą popularnością cieszył się wątek współpracy z panią Hanną Krall, jedną z najwybitniejszych przedstawicielek tego gatunku w Polsce. Poproszony o to, aby wymienił kilka najważniejszych  rzeczy, których się od niej nauczył, bez chwili namysłu odpowiedział, że przede wszystkim tego, iż nic nie jest oczywiste. Po drugie, reportaż jest po to, aby zrozumieć człowieka. Nie usprawiedliwiać jego postępowanie, ale spróbować je pojąć. I trzecie, chyba najbardziej skłaniające  do refleksji – zdania w tekście reportażowym  muszą być krótkie i szybkie. Tak jak dzisiejsze życie. Bo dziś już mało kto może sobie pozwolić na czytanie zdań długich i wolnych... 

Jeśli chodzi o moje wrażenia z projekcji filmu, to odczucia miałam dość mieszane, jednak spotkanie z panem Szczygłem uważam za szalenie udane. Być może nie jestem całkiem obiektywna, ponieważ jest to jeden z tych autorów, którego śledzę niemalże od początku jego kariery, kibicuję i ogromnie podziwiam za zaangażowanie w rozwój i promocję polskiego reportażu, niemniej po rozmowach z innymi uczestnikami spotkania odnoszę wrażenie, że wszyscy byliśmy pod tak samo zachwyceni. Po pierwsze, pan Szczygieł zahipnotyzował nas swoim głosem i cudownymi anegdotami, których można by słuchać bez końca, a po drugie, okazał się on być niezwykle sympatyczną i otwartą osobą. Jedyne czego w tym wszystkim zabrakło, to czas. Ze względu na sztywne ramy czasowe, niezależne od organizatorów czy autora (rozmowa odbywała się w sali kinowej, gdzie o konkretnej godzinie rozpoczynał się seans innego filmu), spotkanie trwało niezbyt długo, co pozostawiło wielki niedosyt. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że jeszcze niejedna wizyta pana Szczygła w Monachium przed nami!