niedziela, 7 grudnia 2014

"Szczęśliwy traf" Louise Shaffer

Dawno nie było żadnego audiobooka, więc czas nadrobić zaległości. Tym razem podczas sprzątania, gotowania, prasowania czy innych równie fascynujących zajęć ;) towarzyszył mi głos Magdaleny Wójcik, czytającej powieść Louise Shaffer. Ale czy był to faktycznie szczęśliwy traf?


"Powieść obyczajowa. Pełna zdarzeń historia kilku pokoleń Amerykanek włoskiego pochodzenia, których życie zależy od tytułowego „szczęśliwego trafu”. Carrie Manning, zagubiona po śmierci matki, słynnej aktorki i zagadkowej kobiety, próbuje poznać przeszłość swej rodziny, odkrywając niezwykłe losy mamy, babki i prababki, i mroczny sekret, pogrzebany na trzydzieści lat. Czy dzięki temu zrozumie wreszcie siebie? Wspaniałe portrety kobiet, zmagających się z życiem na różne sposoby w odmiennych czasach."



Zacznę może od lektorki. Magdalena Wójcik naprawdę się postarała i od strony technicznej nic jej nie mogę zarzucić, jednak problem w tym, że nie jest to typ głosu za którym przepadam. Ja po prostu lubuję się w głosach wyrazistych, mocnych, wręcz lekko ochrypłych, w związku z czym audiobookowy prym wiodą raczej Roma Gąsiorowska, Maria Seweryn czy Anna Dereszowska, aniżeli Magdalena Wójcik czy - jak w poprzednim audiobooku - Anna Guzik.

Przejdźmy zatem do książki. Sama w sobie nie jest zła, ale do wybitnie interesujących też bym jej nie zaliczyła. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się czegoś innego. Może większych tajemnic, a co za tym idzie większych uniesień? A tu otrzymałam po prostu kolejną powieść o konfliktach na linii matka - córka, prowadzących do nieporozumień, które to wywracają życie trzech pokoleń do góry nogami. Jak to tylko baby potrafią ;).


Jednak właśnie te kobiety, a więc Lou, Rose i Carrie bez wątpienia stanowią najmocniejszą stronę tej książki. Każda z nich jest inna, na swój sposób charakterna, przez co dość przeciętna fabuła zyskuje nieco na wyrazie, bo nie ukrywajmy - powieść choć miła, to nie wyróżnia się absolutnie niczym spośród innych tego typu.

Jeli miałabym określić tę książkę jednym słowem, to byłoby to słowo: poprawna. Być może moje odczucia byłyby inne po przeczytaniu tej książki w klasycznj formie? Nie wiem, ale - wybaczcie - ja już nie będę tego sprawdzała :)

czwartek, 20 listopada 2014

"Akademia wampirów" Richelle Mead


Słowem wstępu, moje pokolenie nie załapało się na wielką fascynację wampirzymi klimatami. Po pierwsze, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych rynek czytelniczy w Polsce dopiero raczkował,  po drugie nie było jeszcze internetów i  żyliśmy w błogiej nieświadomośći, że poza tym, co oferuje biblioteczka rodziców, tudzież biblioteka szkolna czy miejska, istnieje jeszcze inny książkowy  świat, a po trzecie lista ówczesnych bestsellerów była nieco inna ;)
  
Tak więc moje doświadczenie w tej materii jest dość ubogie, bo poza klasykami gatunku typu „Drakula” czy seria „Nekroskop” Lumleya niewiele już przeczytałam książek w tym temacie. Kolejne podejście nastąpiło po latach i była to seria „Zmierzch” Stephanii Meyer, jednak  nie było to udane spotkanie. Albo jestem za stara albo za głupia, żeby zrozumieć  fenomen tej autorki... W każdym razie nie zraziła mnie ona na tyle, żeby nie próbować dalej i za sprawą Anity z kanału Book Reviews by Anita padło na „Akademię wapmpirów” Richelle Mead. Po TYM filmiku po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby książki nie zamówić! Zamówiłam więc, przeczytałam... i co tu dużo mówić - zostałam jej fanką :)

Tylko najlepszy przyjaciel może ocalić ci życie. Zwłaszcza jeśli twój wróg jest nieśmiertelny.

W akademii imienia świętego Władimira wampiry czystej krwi - moroje - uczą się posługiwać swoimi nadnaturalnymi darami, a mieszańce - dampiry - szkolą się na ich opiekunów i oddanych strażników. Posępne mury kryją jednak więcej mrocznych tajemnic, niż można by podejrzewać. Lissie Dragomir, morojce ze szlachetnego rodu, grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy dampirka Rose, połączona z nią telepatyczną więzią, zdoła ochronić przyjaciółkę?


No tak, można powiedzieć, że w teorii książka nie różni się aż tak bardzo od Wielkiej Sagi pani Meyer,  bo przecież to i to jest młodzieżówką o miłości i nienawiści wśród wapirów,  jednak moim zdaniem „Akademia”jest o wiele lepiej napisana i znacznie przyjemniejsza w odbiorze. Już choćby to, że sama akcja jest bardziej wartka, a bohaterowie bardziej wyraziści, stanowi wielki plus tej książki, że nie wspomnę o historii, którą uważam za znacznie ciekawszą.  Do tego obyło się bez dłużyzn, zbędnych wątków i nie zabrakło humoru, więc nie mam się do czego przyczepić. Noo, może poza okładką, która – podobnie jak i jej siostry – jest moim zdaniem kiczowata aż do bólu, ale to akurat rzecz gustu  i to co nie podoba się mnie, może podobać się innym.

W każdym razie, jestem szczerze zdziwiona, że książka aż tak mi się spodobała, biorąc pod uwagę fakt, że na ogół gustuję w znacznie bardziej przyziemnych lekturach.  Bardzo dziękuję Anicie za polecenie! Choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem grupą  docelową tej sksiążki, to bawiłam się przy niej świetnie i z wielką przyjemnością sięgnę po kolejne części, które – mam nadzieję – trzymają podobny poziom. Póki co, żeby mieć trochę urozmaicenia, zamówiłam drugi tom "Akademii Wampirów" oraz dwutomowy cykl "Czarna łabędzica" - podobno to coś dla nieco starszych czytelników, czyli dla mnie :)

sobota, 18 października 2014

"Wyspa na prerii" Wojciech Cejrowski

Są takie książki, które sprawiają, że już po pierwszych stronach stwierdzasz "Ooo, tak...to jest to!". Siadasz wygodnie w ulubionym fotelu, cicho w tle puszczasz muzykę, sięgasz po lampkę dobrego wina i zaczynasz swoją przygodę z lekturą. Tak właśnie było z "Wyspą na prerii" Cejrowskiego.  Delektowałam się nią, chłonęłam i cieszyłam powrotem autora z którym, co prawda, nie zgadzam się w wielu kwestiach, ale którego książki uwielbiam.

zdjęcie pochodzi ze strony warto-nie-warto.pl


O czym jest ta książka?

"Rzecz dzieje się współcześnie w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasz cywilizacja. Posłuchajcie..."*

Jako student autor imał się różnych zajęć i to w różnych zakątkach świata. Na dłuższą chwilę osiadł w Arizonie, jako pomocnik na rancho, aby przyjrzeć się z bliska  życiu prawdziwych kowbojów. Zakochał się w tym miejscu, a ono mu się odwdzięczyło. W wyniku splotu pewnych wydarzeń, Wojciech Cejrowski został pełnoprawnym właścicielem małego rancha, które co prawda po pewnym czasie porzucił, ale do którego po dwudziestu latach powrócił, na nowo zaczynając swoją przygodę z prerią.

"Wyspa na prerii" jest książką całkowicie inną niż "Rio Anaconda" czy "Gringo wśród dzikich plemion" i nie mam tu na myśli tylko tej najbardziej oczywistej różnicy, że nie traktuje o indianach. Jest to książka inna, bo jej akcja jest niespieszna, a autor nie odkrywa co rusz nowych zakątków, ale skupia się na zwykłym, codziennym życiu w małym domku na prerii, opisując przy tym cały swój proces adaptacyjny. Poskramianie natury, wgryzanie się w lokalne zwyczaje, zaskarbianie sobie sympatii okolicznych mieszkańców,  to tylka kilka przykładów z tego o czym traktuje ta książka. Dla jednych będzie to ciekawą odmianą, dla innych, zwłaszcza tych którzy szukają wielkich przygód, ogromnym rozczarowaniem. Ja należę do grupy pierwszej.

Obraz arizońskiej prerii, jaki wyłania się z opowieści autora jest zaskakujący. Ludzie z jednej strony przedstawieni są jako stado, grupa, która żyje w pełnej symbiozie, z drugiej jednak strony każdy jest tu indywidualistą i dziwakiem. Wszyscy - zarówno biurokraci, jak i listonosz czy sprzedawca w sklepie - uważają, że prawo jest dla nich, ale jeśli państwo wymaga czegoś od nich, to nagminnie te przepisy łamią i nic sobie z tego prawa nie robią, bo przecież kto ma broń, ten ma rację. Początkowo mamy wrażenie, że ludzie są tu tak prości, że aż nieco zacofani, ale jednak większość z nich doskonale radzi sobie w interesach wszelkiego typu i na biedę nie narzeka. Kraina sprzeczności...

Wojciech Cejrowski przygląda się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczyma i w typowy dla siebie sposób komentuje. Lubię ten styl, pełen humoru i ironii, choć wydaje mi się, że autor tak się tą innościa zachwyca, że aż zachłystuje i w pewnych momentach zupełnie traci obiektywizm. Niemniej, jak zawsze, pisze ciekawie i spawia, że czujemy się jakbyśmy byli na tej wyprawie razem z nim, co jest niewątpliwie wielkim plusem tej książki.

Na minus są moim zdaniem zdjęcia. Nie mylić z oprawą książki, która jest piękna! Kredowy papier, lekko postarzane strony, mapki i klimatyczne rysunki sprawiają, że książka jest prawdziwą czytelniczą ucztą, jednak fotografie są często bez większej treści i nie są adekwatne do danego działu. Być może się czepiam, ale uważam, że w książce podróżniczej zdjęcia powinny zapierać dech w piersiach, albo przynajmniej zaskakiwać, a tu nastąpiło lekkie rozczarowanie.

Generalnie książka bardzo mi się podobała. Były rozdziały bardziej ciekawe, były i takie pisane trochę na siłę, ale uważam, że całość jest bardzo sympatyczna. Jeśli  ktoś, tak ja, nie spodziewa się fajerwerków, ale ciekawych i zabawnych anegdot, to z pewnością się nie zawiedzie, natomiast jeśli jest rządny mocniejszych wrażeń, to powinien sięgnąć po wcześniejsze książki autora. Jest w czym wybierać :).

* "Wyspa na prerii", W. Cejrowski,  wydawnictwo Zyski i S-ka 2014, str. 7 

Książkę dodaję do wyzwania "Reporterskim okiem" 

piątek, 10 października 2014

"Jeżynowa zima" Sarah Jio

Przyznam, że do niedawna brakowało w mojej biblioteczce książek z zakresu - szeroko pojętej - literatury kobiecej. Nie dlatego, żebym ich nie czytała, ale zawsze było mi szkoda pieniędzy na jednorazowe czytadło i wolałam inwestować w książki porządne, nieco bardziej ambitne, a przede wszystkim takie do których kiedyś chętnie będę wracać. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie zaczęło brakować mi małych, poręcznych i lekkich w treści książek, które spokojnie mogę zabrać ze sobą na spacer, do autobusu czy wizytę u lekarza. Takich, które bez żalu mogę odłożyć na bok i wrócić do nich przy kolejnym wyjściu. Tym sposobem zaczęłam od jakiegoś czasu nabywać kieszonkowe wydania Schmitta, Evansa, Ahern itd., bo na ogół nie kosztują one więcej niż 10 zł i są miłym urozmaiceniem po książce cięższego kalibru.Wilk syty i owca cała :)



Ostatnio sięgnęłam właśnie po jedną z tych książek, a była to"Jeżynowa zima" Sary Jio. Czytałam już kiedyś jedną książkę tej autorki i choć "Marcowe fiołki" nie powaliły mnie wtedy na kolana, tak tym razem się nie rozczarowałam.

Główna bohaterka, Claire jest dziennikarką i żoną Ethana. W wyniku pewnych tragicznych wydarzeń jej życie traci sens, co w znaczny sposób odbija się na jej małżeństwie i pracy. Brak jej chęci i motywacji do działania, a niespodziewany atak zimy, tylko pogarsza jej nastrój. Jednak to, co początkowo zdaje się być kolejnym utrapieniem, staje się punktem zwrotnym w jej życiu. Claire dostaje zlecenie napisania artykułu o anomaliach pogodowych, przez co przypadkiem natrafia na poruszającą historię chłopca, Daniela, który zaginął w tajemniczych okolicznościach kilkadziesiąt lat wcześniej, również podczas takiej niespodziewanej, majowej śnieżycy. Historia ta nie daje Claire spokoju, więc postanawia ona rozwikłać tę tajemnicę. Od tego momentu zaczynamy śledzić już nie tylko losy Claire, ale i Very, matki Daniela, przenosząc się do 1933 roku....


Wielokrotnie już wspominałam, że ja wprost uwielbiam książki, których akcja toczy się dwutorowo. Uważam, że takie poprowodzenie akcji na ogół działa na wielki plus książki i sprawia, że czytelnik ciągle czuje niedosyt, bo jak w jednej historii się coś wyjaśni, to druga zaczyna się dla odmiany komplikować. Tym sposobem nie możemy się oderwać od lektury i tak właśnie było tym razem.

Zarówno jedna, jak i druga bohaterka są kobietami z krwi i kości. Kochają, tęsknią ale też błądzą i popełniają błędy. Zarówno jedna, jak i druga oddałyby też życie za swoje dziecko i to jest właśnie centralnym punktem tej powieści. Siła miłości i wybaczania pokazana jest w "Jeżynowej zimie" z różnych perspektyw, przez co historia jest ciekawa i momentami bardzo wzruszająca. Owszem, jest to typ powieści "ku pokrzepieniu serc", jednak nie wieje od niej przy tym tanią ckliwością, przez co lektura jest bardzo przyjemna.

Moim zdaniem "Jeżynowa zima" spodoba się większości z nas.  Znajdziemy tu wszystko, co powieść tego typu powinna w sobie zawierać - fascynującą historię, tajemnicę, przyjemny styl, a do tego zaskakujące zakończenie. Jednym słowem: polecam!

wtorek, 7 października 2014

Spotkanie autorskie z Sylwią Chutnik i Petrą Hůlovą

Odkąd tylko dowiedziałam się, że do Monachium przyjedzie Sylwia Chutnik, wiedziałam, że będę na tym spotkaniu. Choćby się waliło i paliło. I tak też się stało - wczoraj miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z tą wspaniałą autorką oraz czeską pisarką Petrą Hůlovą.


Zacznijmy może od strony organizacyjnej, bo w tym przypadku jest to bardzo istotna kwestia. Spotkanie odbywało się w języku niemieckim, co miało zarówno swoje plusy, jak i minusy. Niewątpliwym plusem jest to, że dzięki temu autorki zostały przedstawione szerszej publiczności, minusem natomiast fakt, iż wprowadziło to aurę pewnego skrępowania wśród publiczności i atmosfera nie była tak luźna jak na spotkaniach tego typu, odbywających się w języku ojczystym.

Moderatorkami, a zarazem tłumaczkami były pani Agnieszka Kowaluk oraz Zuzana Jürgens, natomiast odczyty książek w języku niemieckim prowdziła aktorka Julia Loibl (niektóre fragmenty były odczytywane rónież przez same autorki w językach ojczystych). Wszystkie panie spisały się na medal!  Zarówno pani Agnieszka, jak i Zuzana nie tylko płynnie lawirowały  między polskim, czeskim i niemieckim, ale również w mgnieniu oka wyłapywały wszelkie niuanse i skupiały się na tym co istotne dla nas jako czytelników, prowadząc rozmowę w danym kierunku. Uważam, że całość była poprowadzona bardzo profesjonalnie.


Sylwia Chutnik i Agnieszka Kowaluk

Przejdźmy więc do samych autorek. O ile Sylwii Chutnik nikomu przedstawiać nie trzeba, o tyle Petra Hůlova raczej nie jest szerzej znana polskiemu czytelnikowi, a przynajmniej ja do tej pory niewiele o niej słyszałam. Na spotkaniu dowiedziałam się m.in., że większość swego życia spędziła ona w Mongolii i Stanach Zjednoczonych, a od jakiegoś czasu na nowo mieszka w Pradze, gdzie pisze książki, cieszące się dużą populuranością i wraz ze swoim partnerem prowadzi restaurację. W Polsce ukazały się jak do tej pory trzy powieści tej autorki, a są to: "Czas Czerwonych Gór" (seria z miotłą, wydawnictwo W.A.B), "Stacja Tajga" (również wydawnictwo W.A.B) oraz "Plastkowe M3, czyli czeska pornografia" (wydawnictwo Afera) o którym mowa była na spotkaniu. O samej książce jeszcze się nie wypowiem, bo dopiero wczoraj ją nabyłam i jestem w trakcie lektury, ale jeśli chodzi o autorkę, to zrobiła ona na mnie imponujące wrażenie. Bardzo spokojna, wyważona w swoich opiniach, ale zarazem o silnej osobowość, z tym nieokreślonym czymś w oczach, wskazującym na spore życiowe doświadczenie, a zarazem dystans do otaczającej nas rzeczywistości. Jak się okazało była to jedna z wielu cech wspólnych łączących obydwie pisarki.
 
 Petra Hůlova, a za komputerem Zuzana Jürgens

Sylwia Chutnik natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie swoją otwartością i ciepłem. Do tej pory przeczytałam trzy książki jej autorstwa ("Cwaniary", "Kieszonkowy atlas kobiet","Mama ma zawsze rację") i po ich autorce niejako automatycznie spodziewałam się buntowniczego sposobu bycia, radykalnych poglądów czy też dosadnych sformułowań, a okazało się, że jest to bardzo spokojna, elokwentna i przesympatyczna osoba. Z jej wypowiedzi biła autentyczność i mam tu na myśli nie tylko to co mówiła o książce i swoich poglądach, ale również rozmowę, którą przeprowadziłyśmy podczas krótkiej przerwy na takie przyziemne tematy jak łączenie obowiązków zawodowych z byciem mamą czy też pojawiające się zawsze nie w porę przeziębienie ;)


Sylwia Chutnik

Nie wiem na ile same autorki czy organizatorzy byli zadowoleni z tego spotkania, ale ja uważam je za bardzo udane i niezmiernie się cieszę, że mogłam wziąć w nim udział. Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, poszerzyłam horyzonty i z przyjemnością posłuchałam co autorki mają do powiedzenia na temat swoich książek. Jedyne co mogłoby zagrać trochę lepiej, to publiczność. Wiem, że było sporo Polaków, którzy chętnie by na spotkanie przybyli, ale z różnych względów nie mogli (praca, pobyt w Polsce po długim weekendzie, bo piątek był w Niemczech wolny) i ten deficyt był moim zdaniem mocno odczuwalny. Niemniej cieszę się, że jest chęć i zapotrzebowanie na takie spotkania. Oby było ich w Monachium jak najwięcej!



niedziela, 28 września 2014

"Gwiazd naszych wina" John Green

Przyznam, że bardzo długo biłam się z myślami czy sięgnąć po tę książkę. Nie tyle w kontekście całego zamieszania wokół tej pozycji i jej filmowej adaptacji, co z pobudek osobistych - kilka miesięcy temu bliski członek mojej rodziny stoczył bardzo nierówną walkę z rakiem, zakończoną brutalnie i bez happy endu, przez co całkowicie odeszła mi ochota na czytanie czegokolwiek w tym temacie. Zaczęta jakiś czas temu "Zorkownia" do tej pory nie doczekała się "doczytania" i pewnie jeszcze trochę potrwa zanim znowu będę w stanie po nią sięgnąć....

Jednak "Gwiazd naszych wina" zaintrygowała mnie na tyle, że się przełamałam. Zainteresowało mnie przede wszystkim to, że większość - nawet tych niepochlebnych opinii - podkreślało, iż jest to książka godna przeczytania. Przeczytałam więc i... z pewnością nie żałuję!

"Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.
Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra Gwiazd naszych wina to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości."


To  czego bałam się najbardziej, to epatowanie śmiercią w sposób przerysowany, wymuszający na czytelniku z góry określone emocje. Umówmy się - o ile wszyscy wiemy, że choroba taka jak rak nie wybiera, to jednak znacznie szybciej godzimy się ze śmiercią osoby dorosłej niż dziecka, czy nastolatka. Bałam się więc, że autor może zagrać na naszych uczuciach, stosując ciosy poniżej pasa, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż w opisie oprócz wzmianek o chorobie, padają też hasła o wielkiej, nieoczekiwanej miłości...

John Green jednak miło zaskakuje. Owszem, jest rak, jest miłość, jest lekkie przegadanie, ale na pewno nie ma tandety i powielania schematów. Historia jest spójna i ciekawa, a co najważniejsze - napisana bardzo lekkim piórem, przez co ciężkość tematu zostaje niejako zrównoważona.

Jest jednak pewne małe ale... Choć szalenie podoba mi się ta całania ironia i sarkazm, z jaką młoda Hazel i Augustus podchodzą do tematu swojej choroby i kontaktów z otaczającym ich światem, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że przedstawiony w tej opowieśći świat, jest jednak zbyt idylliczny - mimo  tej całej walki i choroby obojga bohaterów. Zabrakło mi trochę takiego drugiego, przyziemnego dna. Są drogie leki, terapie, ale nie ma choćby wzmianki o problemach z pozyskaniem funduszy na nie, jest wielka miłość i oddanie rodziny, ale zero odniesień do tego jakim kosztem się to odbywa. Moim zdaniem przez to wszystko cała historia traci nieco na swojej wiarygodności. Nie przeszkadza to jednak na tyle, by nie móc delektować się tą powieścią, o ile można użyć słów "delektować się" w stosunku do ksiąki o umieraniu...

Reasumując, John Green chwycił mnie za serce i chętnie zapoznam się z innymi książkami tego autora. Z pewnością sięgnę też po film na podstawie książki o której dziś pisałam. 



A Wy? Czy ktoś z Was już widział lub czytał "Gwiazd naszych wina"? Jak wrażenia?

poniedziałek, 15 września 2014

Urlopowe czytanie

Na mój tegoroczny urlop zabrałam ze sobą 4 książki - dwie do przeczytania na pewno, dwie na zapas. I wiecie co? Te, na które nastawiłam się najmocniej i które moim zdaniem miały największe szanse mnie zachwycić, okazały się średnie lub nawet kiepskie, natomiast od tych rezerwowych nie mogłam się wręcz oderwać... Dobrze być książkoholikiem i zawsze mieć jakiś plan B ;)

Książką, która okazała się największym rozczarowaniem był Jonathan Carroll i jego "Oko dnia". O tej książce nie będę się rozpisywać, bo i nie ma o czym. Jest to zbiór ulubionych cytatów, tudzież luźnych przemyśleń autora, które w zamyśle miały być głębokie, a okazały się chaotycznym zbiorkiem wyrwanych z kontekstu tekstów, które nic nie wnoszą do życia czytelnika. Tak jak lubię tego autora, tak tym razem mówię stanowcze nie.

Czas na książkę numer dwa, czyli "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk. Zaczęłam ją czytać jeszcze przed urlopem i choć nie skradła ona mojego serca tak jak część poprzednia, to postanowiłam dać jej szansę. Niestety to pierwsze wrażenie okazało się trafne i już do końca obyło się bez uniesień. Niby wszystko było tak jak być powinno, bo - jak zwykle u tej autorki - powieść dopracowana w każdym szczególe, a bohaterowie ciekawi, ale jednak zabrakło tego nieopisanego "czegoś". Do tej pory każdą książkę pani Gutowskiej-Adamczyk pochłaniałam w mgnieniu oka i polecałam w ciemno każdemu, teraz jednak nieco się wymęczyłam przy czytaniu i uważam, że książka była pisana raczej siłą rozpędu, aniżeli z potrzeby serca. Bez urazy dla autorki, ale moim zdaniem czas na małą przerwę i nowy projekt.

Natomiast całkiem niespodziewanie spodobało mi się "W imię miłości"Katarzyny Michalak. Nie sądziłam, że w ogóle po nią sięgnę, bo to raczej nie moje klimaty, a do tego bardzo zraziłam się do autorki po "Ogrodzie Kamili" (jak dotąd była to jedyna książka tej autorki, którą miałam w ręku, a zarazem chyba najgorsza jaką czytałam w ostatnich miesiącach), jednak gorąca zachęta ze strony mamy i bratowej zrobiły swoje. Sięgnęłam więc po nią i... od pierwszej strony przepadłam.  Owszem, historia z cyklu tych nieco naciąganych, ale za to przejmująca, ciekawie napisana i - tu wielkie brawa dla autorki - z fajnym zakończeniem. Myślę, że dam jeszcze szansę pani Michalak, choć zupełnie nie wiem po którą książkę powinnam teraz sięgnąć. Może coś polecicie?

Na koniec urlopowo - ksiązkowy creme de la creme, czyli "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" Jonasa Jonassona. Dużo teraz nie napiszę, bo chcę poświęcić tej książce osobną recenzję, ale okazała się ona totalnym zaskoczeniem i już dawno się tak nie uśmiałam (w głos!) jak podczas czytania tejże pozycji. Nie dość, że zabawna, to jeszcze mądra i to w taki fajny, niewymuszony sposób. Nawet nie wiedziałam jak bardzo brakuje mi takich lektur!


I to tyle z mojego wakacyjnego czytania. Plan wykonany w 100%, więc czas na nowe książkowe wyzwania, ale o tym to już w kolejnym wpisie...

Życzę Wam miłego tygodnia, a sama lecę nadrabiać zaległości na Waszych blogach, bo strasznie dużo się tego nazbierało podczas mojej nieobecności. Widać, że też nie próżnowaliście :)

Uściski!

Magota

czwartek, 7 sierpnia 2014

"Swoją drogą" Tomek Michniewicz

Kiedy w 2011 roku przeczytałam pierwszą książkę Tomka Michniewicza, czyli "Samsarę" (TUTAJ moje wrażenia), wiedziałam, że z pewnością sięgnę po kolejne!

Co mnie tak urzekło w tym autorze? Przede wszystkim jego świeże spojrzenie na świat, szczerość oraz niesamowity dar obserwacji. Jestem wielką miłośniczką książek o podróżowaniu i uważam, że w chwili obecnej pan Tomek jest jednym z najlepiej rokujących autorów tego gatunku.

"Swoją drogą"również mnie nie zawiodła. Jest zupełnie inna niż "Samsara", ale nie mniej ciekawa. Przyznam, że mnie od samego początku urzekł pomysł autora na tę książkę.
  
"Zabiorę Cię w dowolne miejsce na świecie. 
Pod jednym warunkiem - decyzję, dokąd chcesz lecieć i po co, musisz podjąć już, w tej chwili."*

Słowa te usłyszały od autora 3 osoby:  Marcin, dawny kolega, kiedyś żądny przygód, dziś nudny księgowy, Marianna, piękna żona autora, która nie wyobraża sobie urlopu innego niż plaża i all inclusive oraz Andrzej, ojciec Tomka, który jest nieco despotycznym miłośnikiem bluesa. 
Spodziewać by się można było, że z wielkim entuzjazmem wyruszyli w drogę swego życia, po czym wrócili  pełni wrażeń  i uroczych zdjęć i żyli długo i szczęśliwie, jednak prawda jest nieco inna.

Dla każdej z tych osób podjęcie decyzji o wyjeździe wiązało się z wielkim wyzwaniem i zmierzeniem się z własnymi demonami. W przypadku Marcina było to zburzenie ładu panującego w jego życiu od lat i porzucenie biura na rzecz amazońskiej dżungli, Marianna - kobieta niezależna i znająca własną wartość - podjęła próbę zrozumienia roli kobiet w świecie islamu na przykładzie  Arabii Saudyjskiej, natomiast Andrzej, marzący całe życie o zagraniu na swojej gitarze w prawdziwej bluesowej spelunce przekonał się po wyprawie do Stanów, że nie wszystko złoto, co się świeci. Nie można też zapomnieć o autorze, który zabierając swoich bliskich w te wszystkie podróże został skonfrontowany z nieco inną stroną ich osobowości, przez co i ich wzajemne stosunki siłą rzeczy uległy pewnej zmianie.
 
Kolejnym ważnym, o ile nie najważniejszym aspektem tej książki jest to, że dzięki niej uświadamiamy sobie jak bardzo ograniczeni jesteśmy we własnych osądach. Wychowani po europejsku wszystko mierzymy swoją miarą i ślepo wierzymy w to, że tak jest najlepiej. I nawet nie trzeba jechać do USA, Arabii Saudyjskiej czy w amazońską dżunglę, aby się o tym przekonać.

"Przyjechaliśmy tu, przywożąć swoje przyzwyczajenia, nieświadomie oczekujemy znanych nam dobrze schematów. Gdy świat działa na innych zasadach, frustrujemy się, męczymy. Wystarczyło się dostroić, zaakceptować ten inny porządek. Okazało się, że jest logiczny i poukładany, tylko inaczej. Ale nie jest głupi, bezsensowny. Jest inny."**

W pełni zgadzam się z autorem, że karmieni medialną papką nie zadajemy sobie zbyt wiele trudu, aby choć część informacji zweryfikować, przez co ilość naszych lęków i uprzedzeń ciągle wzrasta, niszcząć tym samym chęć poznawania świata.

Reasumując... książka drogi jest od jakiegoś czasu bardzo popularnym gatunkiem, jednak w większości przypadków autorzy nie silą się na oryginalność. Ot, znowu w życiu mi nie wyszło, więc ruszam na poszukiwanie szczęścia gdzieś indziej. U pana Michniewicza jest jednak inaczej. Tutaj każdy z bohaterów ma swój  poukładany światek, a autor chciałby nim trochę potrząsnąć i uzmysłowić, że czasem warto spojrzeć na pewne sprawy z innej strony. Myślę, że w dużej mierze mu się to udało, choć wydaje mi się również, że i on sam był nieco zaskoczony efektem końcowym. Czy w pozytywnym czy w negatywnym sensie, tego Wam już nie zdradzę, tylko odeślę do lektury.

Książkę z czystym sumieniem polecam i uważam, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Jest to nie tylko ciekawy reportaż, ale również wspaniała lekcja tolerancji i  to zarówno tej w stosunku do najbliższych nam ludzi, jak i odległych i obcych kultur.





* "Swoj drogą", Michniewicz Tomek, wyd. OTWARTE, Kraków 2014, str. 45

** tamże, str. 206

 Książkę zaliczam do wyzwania "Reportesrkim okiem"

środa, 30 lipca 2014

"Polskie morderczynie" Katarzyna Bonda

"Ludzie są mozaiką dobra i zła, a zło najczęściej tworzą zwyczajni ludzie"  

                                                               Philip Zimbardo

Na panią Katarzynę Bondę natknęłam się po raz pierwszy w marcu tego roku, kiedy to w Hali Odlotów* dyskutowano na temat: Czy człowieka można naprawić? Gośćmi specjalnymi byli m.in Janusz Korwin - Mikke, słynący z wypowiedzi i zachowań nie tyle szokujących, co żenujących oraz pani Katarzyna Bonda, reporterka i autorka kilku książek o tematyce kryminalnej, która bez lukru, ale - w przeciwieństwie do wyżej wspomnianego pana - na poziomie opowiadała o polskich realiach więziennych. Dyskusja była zaciekła i szalenie ciekawa, a sam temat zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po książkę pani Bondy pt.: "Polskie morderczynie" do której często odnosiła się w w swoich komentarzach.


Pomysł napisania książki zrodził się kilka lat temu, kiedy jej autorka, Katarzyna Bonda, pracowała jako sprawozdawca sądowy w jednym z ogólnopolskich dzienników. Przed warszawskim sądem toczyło się właśnie kilka procesów kobiet oskarżonych o zabójstwo. Media wykreowały ich wizerunek - złych, zdegenerowanych, pozbawionych ludzkich uczuć, bezlitosnych bestii w ludzkiej, często pięknej, skórze. Pochodzą z różnych domów, zabiły z różnych motywów, mają odmienne osobowości, wiek i wygląd zewnętrzny. Autorka, szukając odpowiedzi na nurtujące ją pytania - Jak to możliwe, że te kobiety wzięły udział w tak brutalnych zbrodniach? Co wyróżnia je spośród innych kobiet? Skąd wzięła się ich agresja? - przeprowadziła w ciągu dwóch lat wiele kilkugodzinnych wywiadów z każdą z bohaterek tej książki. Zbrodnia podzieliła ich życie na dwie części. I tak też autorka starała się pokazać morderczynie. 
                                                            Opis z lubimyczytac.pl

Na "Polskie morderczynie" składa się 14 opowieści kobiet odsiadujących najwyższe wyroki. Wszystkie historie mają charakter dokumentalny i o wielu z nich było swego czasu bardzo głośno, jednak tym razem mamy możliwość przyjrzeć im się z nieco innej strony, bo tutaj najpierw swoją wersję wydarzeń opowiada morderczyni, a dopiero później poznajemy fakty zapisane w aktach.

Ze zdjęć poprzedzających każdą historię zerkają na nas zwykłe kobiety - ta się uśmiecha, tamta jest zamyślona, a jeszcze inna wstydliwie unika spojrzenia w obiektyw. Wyglądają jak nasze koleżanki czy sąsiadki i patrząc na nie myślisz: to niemożliwe, żeby dokonały one tych wszystkich zbrodni! A jednak.... Więc zastanawiasz się kim właściwi są kobiety, które zabijają? Jakimi pobudkami się kierują? Czy po zabójstwie nadal czują się godne nazywania ich płcią piękną? Co dzieje się po wyroku z nimi i ich rodzinami? Czy aby kogoś zapić trzeba mieć konkretne predyspozycje czy może ja też byłbym w stanie zabić w określonej sytuacji? 

Sama autorka nie daje nam odpowiedzi na te pytania. To co ma do powiedzenia przekazuje we wstępie, a później już ani nie analizuje, ani tym bardziej nie moralizuje, tylko oddaje głos oskarżonym, a nam pozostawia prawo indywidualnej oceny całości. Aby nie było żadnych niejasności, przeprowadza jednak dodatkowo trzy wywiady ze specjalistami, którzy na codzień analizują postępowania tych kobiet (patolog, seksuolog  oraz dyrektorka zakładu karnego), dzięki czemu możemy jeszcze skonfrontować nasze poglądy z opiniami fachowców. Mocne wrażenia gwarantowane!

Przyznam, że na mnie książka ta zrobiła piorunujące wrażenie. Czytałam jednym tchem i niejednokrotnie nie wierzyłam własnym oczom. Poszczególne historie czytałam nawet po dwa czy trzy razy, żeby jak najlepiej zrozumieć tok myślenia i działania danej kobiety, po czym i tak zatruwałam życie mężowi swoimi rozterkami i razem z nim wałkowałam te bardziej kontrowersyjne momenty, bo po prostu nie mogłam przejść nad nimi do porządku dziennego. Niełatwo było ochłonąć po tej lekturze i jedno wiem na pewno: nic nie jest tylko czarne lub białe. Teraz też jestem w stanie uwierzyć, że hipotetycznie każdy z nas może być zabójcą...
 
Na koniec kobiecość, a zbrodnia, czyli kilka ciekawostek z książki:


- zbrodni  strickte kobiecej nie ma,  choć nasze pobudki znacznie różnią się od tych męskich

- według statystyk polska zabojczyni ma średnio 34 lata 

- około 50% zabojczyń doświadczyło przemocy domowej i później na przemoc zareagowała przemocą

- kobieta, która morduje, rzadko używa broni palnej (chętniej dusi lub używa noża)

- kobieta inaczej morduje mężczyzn, a inaczej kobiety (mężczyznę na ogól po prostu usuwa, natomiast jeśli chodzi o kobietę, to stara się ona zaplanować zbrodnię nie tylko tak, aby ta druga zginęła, ale i cierpiała)

- o ile mężczyźni działają zazwyczaj na zasadzie prymitywne agresji, wpisanej w ich płeć, o tyle zbrodnie wśród kobiet mają najczęściej charakter emocjonalny i czynu w desperacji

 - kobieta rzadko planuje zbrodnie, raczej działa spontanicznie. Rzadko też atakuje osoby całkowicie obce i znacznie częściej skłonna jest do zabójstw rozszerzonych, czyli po zabiciu męża, atakuje też dzieci czy siebie


*program TVP Kultura o aktualnych wydarzeniach kulturalnych, często takich, które budzą kontrowersje

Książkę zaliczam do wyzwania "Reportesrskim okiem"




piątek, 25 lipca 2014

"Rodzina" Monika Jaruzelska

Śmieszna historia z tą książką, bo trafiła ona do mnie zupełnie niespodziewanie i to aż ze słonecznej Gran Canarii! W formie ebooka, oczywiście :). Nie wnikając w szczegóły, bardzo się ucieszyłam, ponieważ już od dawna chciałam sięgnąć po którąś z książek pani Jaruzelskiej, aby przekonać się na czym polega jej fenomen i tutaj muszę dodać, że moje zaopatrywania polityczne czy stosunek do śp. gen. Jaruzelskiego nie mają z tym absolutnie nic wspólnego. Jest to ciekawość czysto literacka.


" Z perspektywy czau widzę, że jak rodzina byliśmy trójką nieszczęśliwych, samotnych ludzi. Kiedy otaczali nas inni, czasem oddani, czasem pochlebczy, a czasem po prostu serdeczni, poczucie samotności na chwilę znikało. Dopiero w domu, gdy tylko na chwilę zamykały się za nami drzwi, czuło się jak bardzo jesteśmy osobni. Troje ludzi na trzech bezludnych wyspach."*


Przeczytałam z wielką ciekawością i było dokładnie tak jak przewidywałam  - autorka ma lekkie pióro i poczucie humoru, ale poza historią swojej rodziny, nie bardzo wie o czym pisać. Sama z resztą przyznaje, że nie wie czemu podpisała zgodę na wydanie drugiej książki, a jej zapiski można zakwalifikować jako grafomańskie. I dokładnie tak jest. Książkę czyta się przyjemnie, ale nie da się ukryć, że jest to niespójny zlepek luźnych wspomnień, pisany na fali sukcesu "Towarzyszki panienki".


Co mi się w tej książce podobało? Niewątpliwie szczerość autorki. Nie boi się powiedzieć, że i matka i ojciec jako rodzice totalnie nawalili, że nazwisko zawsze jej ciążyło i, że przez bardzo długi czas w ogóle nie mogła dojść ze sobą do ładu. Bez oporów opowiada o swoich lękach przed związkiem i dlaczego jest starą matką. Po ludzku przyznaje też jak ciężkie jest dla niej pogodzenie się ze starością, chorobami i  śmiercią rodziców - jacy by oni byli. Te fragmenty czyta się momentami ze ściśniętym gardłem.

A co w takim razie przeszkadzało? To, że z jednej strony autorka tak bardzo się użala na brak normalności, ciepła i porozumienia w domu rodzinnym, a z drugiej strony absolutnie nie widzi problemu w tym, żeby do późnych lat spijać śmietankę i czerpać profity z tego co dawała pozycja jej ojca. Niezliczone wyjazdy z generałem na spotkania z czołowymi politykami tego świata, reporterami i gwiazdami kina, herbatki w Belwederze (nawet kiedy sama już była matką, a więc w wieku ponad czterdziestu lat). Umówmy się... skoro nazwisko i historia tak mi ciążą, to odcinam się i obieram inny kierunek, a nie piszę książkę o tym jak mi źle, ale ile z tego mam.

Niemniej, cieszę się, że sięgnęłam po tę książę. Choć moim zdaniem pani Jaruzelska napisała "Rodzinę" ewidentnie pod publikę, to zawarła w niej kilka ważnych informacji, można nawet powiedzieć uniwersalnych prawd i zrobiła to w całkiem przyzwoitym stylu. Jeśli nadarzy się okazja, chętnie sięgnę po "Towarzyszkę panienkę" i przekonam się czy faktycznie jest znacznie lepsza od "Rodziny", jak to sugeruje większość czytelników na moich ulubionych portalach książkowych :)


* wypadałoby podać źródło cytatu, ale książkę czytałam jako ebooka, a na Kindlu nie ma numeracji stron, tylko postęp procentowy, a biorąc pod uwagę fakt, że każdy preferuje inne ustawienia czcionki, to podawanie "moich procentów" nie ma sensu :)

niedziela, 20 lipca 2014

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

O książce "Ciemno, prawie noc" usłyszałam po raz pierwszy  pod koniec roku 2012, kiedy to jej fragmenty były czytane w radiowej Trójce ( TUTAJ więcej na ten temat). Szalenie mnie ona zaintrygowała, tym bardziej, że chwilę wcześniej skończyłam czytać "Piaskową Górę" oraz "Chmurdalię" i obydwie książki bardzo mi się podobały. Wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po "Ciemno, prawie noc", jednak to całe szaleństwo związane z jej nomiancją, a później zwycięstwem w konkursie NIKE nieco ostudziło mój zapał i postanowiłam przeczekać, aby nie sugerować się tym, co na gorąco mówią inni. Przeczekałam, przeczytałam i... mam bardzo mieszane, wręcz negatywne uczucia.

 Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji. W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej. Nie po to jednak, by bawić czytelnika: w tym, co niesamowite, często ukryta jest prawda o nas, której na co dzień nie chcemy pamiętać.

Zacznę może od tego, czego się spodziewałam. Po poprzednich książkach pani Bator wiem, że tworzy on niesamowite i bardzo przemyślane historie, więc dodając dwa plus dwa, a więc poznany już talent autorki plus streszczenie fabuły z okładki, byłam pewna, że trzymam w rękach wyjątkowo mocny kryminał. Jednak im dłużej książkę czytałam, tym bardziej się gubiłam i zastanawiałam co to tak naprawdę jest? Horror? Powieść psychologiczna? Gotyk z elementami s-f? Chyba wszystkiego po trochu, a co za tym idzie, czegoś tu za dużo...

W zasadzie osią napędową całości jest zaginięcie trójki wałbrzyskich dzieci, a więc mamy zagadkę i tajemnicę, jednak wraz z przybyciem na miejsce głównej bohaterki, Alicji Tabor, cała uwaga zostaje skupiona na niej i jej mniejszych, bądź większych traumach. Tutaj też raz po raz dochodzą kolejni bohaterowie, jednak każdy z nich jest coraz bardziej specyficzny od poprzedniego i po chwili mamy całą galerię być może barwnych, ale na dłuższą metę bardzo męczących postaci. Jestem bardzo rozczarowana doborem i rozwojem bohaterów w tej książce, z niesympatyczną Alicją Tabor na czele.

Jeśli chodzi o fabułę, to tak jak i w poprzednich książkach pani Bator, jest ona bardzo dobrze skonstruowana, lecz tym razem poszła ona w stronę, która do mnie akurat nie przemówiła. Dużo tu wątków z elemetami patologii i fanatyzmu religijnego, które według autorki mają ukazać nasz kraj w nieco krzywym zwierciadle, a tym samym dać nam, czytelnikom do myślenia, jednak moim zdaniem autorka momentami balansuje już na granicy absurdu i przerysowania.

No cóż, jak widać ani fabuła ani bohaterowie do mnie nie przemówili i generalnie mało co mi się w tej książce podobało. Wszystkiego było tu, jak dla mnie, za dużo - bohaterów, wątków, a przede wszystkim nadęcia i brutalności. Dalej twierdzę, że pani Bator jest bardzo utalentowaną pisarką i z pewnością dalej będę po nią sięgała (w kolejce czeka już "Japoński wachlarz"),  jednak akurat ta pozycja jest jak dla mnie najsłabszą książką tej autorki. Jeśli ja bym miała możliwość wyboru, to i owszem, przyznałabym jej nagrodę NIKE ale na pewno za"Piaskową Górę", a nie za "Ciemno, prawie noc".

N koniec wypowiedź pana Tadeusza Nyczka (przeodniczącego jury, które przynawało nagrodę NIKE w 2013 roku), która bardzo celnie określa "inność" tej książki:

„Czytając […] powieść Joanny Bator nie wierzyłem, dosłownie, własnym oczom. Gdzież wynalazła te wszystkie nadzwyczajności i ciemne czarodziejstwa zobaczone i doznane przez stołeczną dziennikarkę? Wtedy w sukurs przyszedł mi język tej książki, bo to on właśnie, język, najlepiej wytłumaczył i obronił szalone pomysły autorki. Dzięki niemu, jego giętkości i wielobarwności banalna zwykłość i zwykła banalność zamieniały się w wydarzenia, małe święta codzienności”

A wy? Czytaliście już tę książkę? Macie ją w planach czy może to zupełnie nie wasza bajka?

niedziela, 6 lipca 2014

Książki przeczytane/ przesłuchane w maju i czerwcu

Dziś, w ramach nadrabiania zaległości, będzie zbiorowo, czyli kilka słów o mniej lub bardziej interesujących książkach, które ostatnio trafiły w moje ręce, ale po których emocje opadły już na tyle, że ciężko zebrać się do napisania bardziej obszernych recenzji (po kliknięciu na tytuł książki przeniesiecie się na stronę z opisem fabuły).



"Magnolia" Grażyna Jeromin - Gałuszka 

Bardzo fajna książka, której jedynym mankamentem była wolno rozkręcająca się akcja. O ile jednak ciężko mi było przebrnąć przez początek, o tyle później nie mogłam się od niej oderwać i  doczekać finału, a ten okazał się być bardzo emocjonujący i zaskakujący. Bez wątpienia sięgnę po kolejne książki tej autorki i to nawet nie dlatego, żeby przekonać się czy trzymają ten sam poziom, ale przede wszystki po to, aby poznać dalsze losy bohaterów, z którymi całkiem mocno się zżyłam.

 
"Nie odchodź" Lisa Scottoline

Póki co najgorsza książka roku! Skusiłam się na nią po zachwytach w klubie "Kobiety to czytają", ale już po pierwszych stronach wiedziałam, że się nie polubimy, bo a) fabuła nie dość, że strasznie naciągana, to jeszcze przewidywalna b) nie znoszę tego sztucznego grania na uczuciach w iście amerykańskiem stylu. Przez książkę przebrnęłam tylko dlatego, że raczej nie mam zwyczaju poddawać się w połowie i liczę na pozytywne zaskoczenie pod koniec, ale tym razem obyło się bez zaskoczeń, a książkę odłożyłam z jednym wielkim westchnieniem ulgi. 




Tę książkę dostałam od znajomej w ramach żartu na którąś rocznicę mojego ślubu i pamiętam, że kiedy sięgnęłam po nią po raz pierwszy (jakieś dwa lata temu) byłam szalenie zaskoczona...nazwijmy to otwarością i dosadnością autorki. Nie bardzo mi się to podobało i książkę odłożyłam na lepsze czasy, ale teraz, kiedy znowu trafiła w moje ręce, a w międzyczasie przeczytałam też "50 twarzy Greya" stwierdzam, że Betty Herbert w porównaniu z E. L. James wydaje się być wręcz pruderyjna ;). Ogólnie rzecz ujmując obydwie książki trzymają podobny, lekko grafomański poziom i nie wnoszą nic do życia zwykłego śmiertelenika, przy czym E. L. James otwarcie przyznaje, że opisuje kobiece fantazje ku uciesze i rozrywce tłumu, a B. Herbert ma większe aspiracje i nazywa swoje dzieło poradnikiem, przy czym takie porady jak te, równie dobrze można włożyć między bajki...


AUDIOBOOKi


"Cwaniary" Sylwia Chutnik 

To spotkanie z Sylwią Chutnik zaliczam do średnio udanych, bo książka ta nie wzbudziła we mnie żadnych emocji - ani mnie nie zauroczyła ani nie zraziła. Ot, zupełnie ambiwalentne odczucia - posłuchałam, przemyślałam, odłożyłam i zapomniałam. Myślę, że świat dresiarzy, który jest w tej książce opisywany jest mi na tyle obcy, że nie byłam w stanie zżyć się z żadną z bohaterek, a przez to też nie potrafiłam odpowiednio wczuć się w klimat. Na plus jedynie narracja Marii Seweryn, która fantastycznie wcieliła się w rolę lektora.




Książka wciągająca i poruszająca, choć z pewnością niepełna i mało obiektywna. Autor położył w niej nacisk przede wszystkim na brak miłości w życiu Marilyn, przez co słuchając jego opowieści prześlizgujemy się jedynie po tych punktach i osobach w życiorysie Marilyn, które przysporzyły jej bólu i cierpienia, a to co dobre czy też to co doprowadziło ją na szczyt stanowi jedynie drugi plan, delikatne tło. Książkę z pewnością polecam, bo jest ona ciekawa, ale na pewno warto doinformować się jeszcze u innych źródeł. Dodam jeszcze, że tym razen lektorką była Anna Guzik.

Reasumując, w minionych miesiącach obyło się bez szału i mam nadzieję, że lipiec oraz sierpień będą znacznie ciekawsze pod względem czytelniczym. A przy okazji, możecie coś polecić na sezon urlopowy? W planie mamy jeden, nieco dłuższy wyjazd i już teraz zastanawiam się co ze sobą zabrać, żeby później nie żałować, więc jeśli macie coś godnego polecenia, to koniecznie dajcie znać!

Serdecznie pozdrawiam!
Magota

środa, 28 maja 2014

"Zamień chemię na jedzenie" Julita Bator

Szalenie rzadko sięgam po poradniki, jednak tym razem skusiłam się ze względu na tematykę, która od jakiegoś czasu mnie interesuje oraz wiele pozytywnych opinii o książce.


Pozytywy, w moim mniemaniu, w pełni zasłużone. Autorka w bardzo przystępny sposób opowiada nam o swoich doświadczeniach związanych ze zdrowym i niezdrowym jedzeniem oraz przybliża najważniejsze informacje z zakresu wszechobecnej chemii w produktach, które codziennie spożywamy. Tym sposobem dowiadujemy się na przykład na jakie stabilizatory czy barwniki możemy przymknąć oko, co powinno nas zaniepokoić, a po co w żadnym wypadku nie sięgać. Wszystko popiera solidnymi argumentami oraz przykładami, tudzież propozycjami zamienników.



Na książkę, oprócz wstępu, źródeł i indeksu składa się 20 rozdziałów - od definicji racjonalnego odżywienia i wspomnianej już rozpiski składników szkodzących, przez poszczególne grupy żywnościowe (mleko, cukier, makarony, jajka, warzywa, drób, ryby itd.) po naturalne leki i żywieniowy recykling, włącznie. Co ważne, autorka podaje też wiele (na ogół nieskomplikowanych) przepisów na to, jak daną, naszpikowaną sztucznościami rzecz, możemy sami przyrządzić w domu i  choć ja nadal nie mam zamiaru kręcić majonezu czy ubijać masła ;), to z wielu innych porad chętnie skorzystam. Z resztą spójrzcie sami jak wygląda mój egzemplarz - cała masa notatek i pozaznaczanych miejsc, do których z pewnością wrócę.




Jedyne z czym się w tej książce nie mogę zgodzić, to stwierdzenie autorki, iż znalezienie dobrej, nieprzetworzonej żywności jest raczej łatwe i tanie. Owszem, chcieć znaczy móc, więc jak dobrze poszukamy i popytamy, to na pewno znajdziemy jakieś źródło, ale co do cen, to moim zdaniem różnica jest znaczna. Pani Bator sugeruje natomiast, że dobre mleko czy mięso od gospodarza nie przechodzi tylu ścieżek związanych z dystrybucją, przez co ich cena jest korzystniejsza. W teorii tak, w praktyce nie. Tak przynajmniej mówi moje doświadczenie.

Co jeszcze? Książka jest bardzo starannie wydana. Estetyczna, czytelna i spójna, choć na pewno nie zaszkodziłoby jej dodanie kilku zdjęć. Jeśli chodzi o styl, którym posługuje się autorka, to jest on również bardzo przyjemny, wręcz lekki. Czytając, mamy wrażenie, że prowadzimy pogawędkę z dobrą znajomą, a nie wysłuchujemy rad specjalisty od wszystkiego. Pani Bator generalnie stara się unikać mentorskiego tonu, choć nie zawsze jej się to udaje. Na przykład w temacie dzieci i słodyczy zdarzają się jej  - nazwijmy to delikatnie - chwile uniesień ;), ale ponieważ sama jestem mamą i prowadzę regularną walkę z ciociami i dziadkami, którzy zasypują moje dzieci słodyczami, po części rozumiem.

Reasumując, bardzo się cieszę, że ta książka trafiła w moje ręce. Co prawda nie nawróciłam się na zdrową żywność na tyle, by jeść tylko eko (uważam, że żadna skrajność nie jest dobra), ale zyskałam większą świadomość tego co jem i wiele rad wzięłam sobie do serca. Przetwory, pieczenie chleba czy domowy budyń nie są mi obce, więc będę po prostu kontynuowała to co robiłam do tej pory, wspierana wiedzą i pomysłami pani Bator.

czwartek, 15 maja 2014

Biblioteczka malucha

Dziś nieco inny post, ale jak najbardziej w temacie książkowym.

Ostatnio wpadł mi w oczy bardzo ciekawy artykuł pt.: "Cała Polska czyta dzieciom - moda, czy może jednak warto?" . O tym, że warto chyba nie trzeba tutaj nikogo przekonowyć, niemniej jednak gorąco polecam zerknięcie pod podany link.

Ja czytam swoim dzieciom bardzo chętnie, jednak wpajanie nawyku czytania okazało się nieco trudniejsze niż przypuszczałam. Zainteresowanie małego dziecka nieco dłuższą opowieścią czasem graniczy z cudem, natomiast przeglądanie jednej i tej samej książeczki o kotku po raz trzydziesty pod rząd sprawia, że ja, mama, czasem mam ochotę rzucić tę ksiażeczkę o ścianę, a później walić w  nią głową ;).

Sprawy nie ułatwia też fakt, że moje dzieci wyrastają w środowisku dwujęzycznym i to co jest czytane np. w przedszkolu, w żaden sposób nie pokrywa się z naszymi domowymi lekturami. Swego czasu spytałam nawet przedszkolnego psychologa, co sądzi na ten temat, ale odpowiedź była jednoznaczna - jeśli rodzice dziecka są parą mieszaną, to każdy czyta w swoim języku, natomiast jeśli obydwoje rodzice są jednej narodowości, w domu należy czytać tylko w języku ojczystym i maksymalnie wzbogacać słownictwo dziecka, przynajmniej na tym etapie życia, kiedy maluch dopiero rozkręca się w mówieniu. My stosujemy się do tej rady, w związku z czym książki, które u  nas dominują, to lektury w języku polskim i na nich właśnie się skupię, bo dziś, przy okazji porządków, chciałabym Wam pokazać to, co znajduje się w biblioteczce moich chłopców.  Być może nasze książeczki przypomną Wam o jakiejś ciekawej, a zapomnianej książce z dzieciństwa lub zainspirują do poszukiwania własnych ulubieńców?

Zacznę od książeczek ponadczasowych, wręcz kultowych, a więc tych z serii "Poczytaj mi mamo" i "Z wiewiórką"



 Są to dokładnie te same egzemplarze, w których ja i mąż zaczytywaliśmy się jako dzieci, a które nasze mamy dla nas przechowały. Co ciekawe, wydawnictwo i seria ta sama, ale - jak widać po zdjęciach - tytuły i formaty tego co czytałam ja, a co mąż, zupełnie inne :)

Wiem, że wyszła teraz ta sama seria, tyle że zebrana w dwóch tomach i wcale się nie dziwię, bo zupełnie nie straciły one na aktualności.





 Pozostając w temacie klasyki: Brzechwa, Tuwim, Fredro, Danuta Wawiłow i rewelacyjna wprost książka "Polscy poeci dzieciom"!







Obecnie faworytem mojego trzylatka są te same wierszyki i rymowanki, tyle że w wydaniu "Pan Pierdziołka spadł ze stołka" ;)


Skoro jestemy przy rymowankach, to nie może zabraknąć tego zbioru - babcie bardzo chętnie nas obdarowują wszystkim, co zawiera w nazwie słowo "polskie" ;)


Kolejne w zbiorze są mini wydania bajek, które wszędzie można ze sobą zabrać oraz te uwiebiane przez wszystkie dzieci,  więc o zwierzątkach :)




















Dziecię młodsze, a więc nieco ponad roczne również posiada swoje książeczki. Synek obecnie  uwielbia kontrasty, książeczki obrazkowe, dotykowe i z efektami dźwiękowymi.


Na koniec książki, które jeszcze czekają na swoją kolej, a więc baśnie, Puchatki, Rumcajsy i inne :)
 


 And last but not least ... "Elementarz" Falskiego :D


I to tyle. Zdaję sobie sprawę, że być może nasze zbiory wydają się nieco przestarzałe, ale uwierzcie, że w chwili obecnej zupełnie wystarczają! Uważam, że na tym etapie, na którym są moje dzieci, chodzi głównie o zabawę słowem i poznawanie świata, a na takie książki jak "Świnka Peppa" czy "Tomek i przyjaciele" jeszcze przyjdzie czas :)

A jak to jest u Was? Czytacie dzieciom? Może coś polecicie?

Serdecznie pozdrawiam!
Magota