środa, 30 lipca 2014

"Polskie morderczynie" Katarzyna Bonda

"Ludzie są mozaiką dobra i zła, a zło najczęściej tworzą zwyczajni ludzie"  

                                                               Philip Zimbardo

Na panią Katarzynę Bondę natknęłam się po raz pierwszy w marcu tego roku, kiedy to w Hali Odlotów* dyskutowano na temat: Czy człowieka można naprawić? Gośćmi specjalnymi byli m.in Janusz Korwin - Mikke, słynący z wypowiedzi i zachowań nie tyle szokujących, co żenujących oraz pani Katarzyna Bonda, reporterka i autorka kilku książek o tematyce kryminalnej, która bez lukru, ale - w przeciwieństwie do wyżej wspomnianego pana - na poziomie opowiadała o polskich realiach więziennych. Dyskusja była zaciekła i szalenie ciekawa, a sam temat zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po książkę pani Bondy pt.: "Polskie morderczynie" do której często odnosiła się w w swoich komentarzach.


Pomysł napisania książki zrodził się kilka lat temu, kiedy jej autorka, Katarzyna Bonda, pracowała jako sprawozdawca sądowy w jednym z ogólnopolskich dzienników. Przed warszawskim sądem toczyło się właśnie kilka procesów kobiet oskarżonych o zabójstwo. Media wykreowały ich wizerunek - złych, zdegenerowanych, pozbawionych ludzkich uczuć, bezlitosnych bestii w ludzkiej, często pięknej, skórze. Pochodzą z różnych domów, zabiły z różnych motywów, mają odmienne osobowości, wiek i wygląd zewnętrzny. Autorka, szukając odpowiedzi na nurtujące ją pytania - Jak to możliwe, że te kobiety wzięły udział w tak brutalnych zbrodniach? Co wyróżnia je spośród innych kobiet? Skąd wzięła się ich agresja? - przeprowadziła w ciągu dwóch lat wiele kilkugodzinnych wywiadów z każdą z bohaterek tej książki. Zbrodnia podzieliła ich życie na dwie części. I tak też autorka starała się pokazać morderczynie. 
                                                            Opis z lubimyczytac.pl

Na "Polskie morderczynie" składa się 14 opowieści kobiet odsiadujących najwyższe wyroki. Wszystkie historie mają charakter dokumentalny i o wielu z nich było swego czasu bardzo głośno, jednak tym razem mamy możliwość przyjrzeć im się z nieco innej strony, bo tutaj najpierw swoją wersję wydarzeń opowiada morderczyni, a dopiero później poznajemy fakty zapisane w aktach.

Ze zdjęć poprzedzających każdą historię zerkają na nas zwykłe kobiety - ta się uśmiecha, tamta jest zamyślona, a jeszcze inna wstydliwie unika spojrzenia w obiektyw. Wyglądają jak nasze koleżanki czy sąsiadki i patrząc na nie myślisz: to niemożliwe, żeby dokonały one tych wszystkich zbrodni! A jednak.... Więc zastanawiasz się kim właściwi są kobiety, które zabijają? Jakimi pobudkami się kierują? Czy po zabójstwie nadal czują się godne nazywania ich płcią piękną? Co dzieje się po wyroku z nimi i ich rodzinami? Czy aby kogoś zapić trzeba mieć konkretne predyspozycje czy może ja też byłbym w stanie zabić w określonej sytuacji? 

Sama autorka nie daje nam odpowiedzi na te pytania. To co ma do powiedzenia przekazuje we wstępie, a później już ani nie analizuje, ani tym bardziej nie moralizuje, tylko oddaje głos oskarżonym, a nam pozostawia prawo indywidualnej oceny całości. Aby nie było żadnych niejasności, przeprowadza jednak dodatkowo trzy wywiady ze specjalistami, którzy na codzień analizują postępowania tych kobiet (patolog, seksuolog  oraz dyrektorka zakładu karnego), dzięki czemu możemy jeszcze skonfrontować nasze poglądy z opiniami fachowców. Mocne wrażenia gwarantowane!

Przyznam, że na mnie książka ta zrobiła piorunujące wrażenie. Czytałam jednym tchem i niejednokrotnie nie wierzyłam własnym oczom. Poszczególne historie czytałam nawet po dwa czy trzy razy, żeby jak najlepiej zrozumieć tok myślenia i działania danej kobiety, po czym i tak zatruwałam życie mężowi swoimi rozterkami i razem z nim wałkowałam te bardziej kontrowersyjne momenty, bo po prostu nie mogłam przejść nad nimi do porządku dziennego. Niełatwo było ochłonąć po tej lekturze i jedno wiem na pewno: nic nie jest tylko czarne lub białe. Teraz też jestem w stanie uwierzyć, że hipotetycznie każdy z nas może być zabójcą...
 
Na koniec kobiecość, a zbrodnia, czyli kilka ciekawostek z książki:


- zbrodni  strickte kobiecej nie ma,  choć nasze pobudki znacznie różnią się od tych męskich

- według statystyk polska zabojczyni ma średnio 34 lata 

- około 50% zabojczyń doświadczyło przemocy domowej i później na przemoc zareagowała przemocą

- kobieta, która morduje, rzadko używa broni palnej (chętniej dusi lub używa noża)

- kobieta inaczej morduje mężczyzn, a inaczej kobiety (mężczyznę na ogól po prostu usuwa, natomiast jeśli chodzi o kobietę, to stara się ona zaplanować zbrodnię nie tylko tak, aby ta druga zginęła, ale i cierpiała)

- o ile mężczyźni działają zazwyczaj na zasadzie prymitywne agresji, wpisanej w ich płeć, o tyle zbrodnie wśród kobiet mają najczęściej charakter emocjonalny i czynu w desperacji

 - kobieta rzadko planuje zbrodnie, raczej działa spontanicznie. Rzadko też atakuje osoby całkowicie obce i znacznie częściej skłonna jest do zabójstw rozszerzonych, czyli po zabiciu męża, atakuje też dzieci czy siebie


*program TVP Kultura o aktualnych wydarzeniach kulturalnych, często takich, które budzą kontrowersje

Książkę zaliczam do wyzwania "Reportesrskim okiem"




piątek, 25 lipca 2014

"Rodzina" Monika Jaruzelska

Śmieszna historia z tą książką, bo trafiła ona do mnie zupełnie niespodziewanie i to aż ze słonecznej Gran Canarii! W formie ebooka, oczywiście :). Nie wnikając w szczegóły, bardzo się ucieszyłam, ponieważ już od dawna chciałam sięgnąć po którąś z książek pani Jaruzelskiej, aby przekonać się na czym polega jej fenomen i tutaj muszę dodać, że moje zaopatrywania polityczne czy stosunek do śp. gen. Jaruzelskiego nie mają z tym absolutnie nic wspólnego. Jest to ciekawość czysto literacka.


" Z perspektywy czau widzę, że jak rodzina byliśmy trójką nieszczęśliwych, samotnych ludzi. Kiedy otaczali nas inni, czasem oddani, czasem pochlebczy, a czasem po prostu serdeczni, poczucie samotności na chwilę znikało. Dopiero w domu, gdy tylko na chwilę zamykały się za nami drzwi, czuło się jak bardzo jesteśmy osobni. Troje ludzi na trzech bezludnych wyspach."*


Przeczytałam z wielką ciekawością i było dokładnie tak jak przewidywałam  - autorka ma lekkie pióro i poczucie humoru, ale poza historią swojej rodziny, nie bardzo wie o czym pisać. Sama z resztą przyznaje, że nie wie czemu podpisała zgodę na wydanie drugiej książki, a jej zapiski można zakwalifikować jako grafomańskie. I dokładnie tak jest. Książkę czyta się przyjemnie, ale nie da się ukryć, że jest to niespójny zlepek luźnych wspomnień, pisany na fali sukcesu "Towarzyszki panienki".


Co mi się w tej książce podobało? Niewątpliwie szczerość autorki. Nie boi się powiedzieć, że i matka i ojciec jako rodzice totalnie nawalili, że nazwisko zawsze jej ciążyło i, że przez bardzo długi czas w ogóle nie mogła dojść ze sobą do ładu. Bez oporów opowiada o swoich lękach przed związkiem i dlaczego jest starą matką. Po ludzku przyznaje też jak ciężkie jest dla niej pogodzenie się ze starością, chorobami i  śmiercią rodziców - jacy by oni byli. Te fragmenty czyta się momentami ze ściśniętym gardłem.

A co w takim razie przeszkadzało? To, że z jednej strony autorka tak bardzo się użala na brak normalności, ciepła i porozumienia w domu rodzinnym, a z drugiej strony absolutnie nie widzi problemu w tym, żeby do późnych lat spijać śmietankę i czerpać profity z tego co dawała pozycja jej ojca. Niezliczone wyjazdy z generałem na spotkania z czołowymi politykami tego świata, reporterami i gwiazdami kina, herbatki w Belwederze (nawet kiedy sama już była matką, a więc w wieku ponad czterdziestu lat). Umówmy się... skoro nazwisko i historia tak mi ciążą, to odcinam się i obieram inny kierunek, a nie piszę książkę o tym jak mi źle, ale ile z tego mam.

Niemniej, cieszę się, że sięgnęłam po tę książę. Choć moim zdaniem pani Jaruzelska napisała "Rodzinę" ewidentnie pod publikę, to zawarła w niej kilka ważnych informacji, można nawet powiedzieć uniwersalnych prawd i zrobiła to w całkiem przyzwoitym stylu. Jeśli nadarzy się okazja, chętnie sięgnę po "Towarzyszkę panienkę" i przekonam się czy faktycznie jest znacznie lepsza od "Rodziny", jak to sugeruje większość czytelników na moich ulubionych portalach książkowych :)


* wypadałoby podać źródło cytatu, ale książkę czytałam jako ebooka, a na Kindlu nie ma numeracji stron, tylko postęp procentowy, a biorąc pod uwagę fakt, że każdy preferuje inne ustawienia czcionki, to podawanie "moich procentów" nie ma sensu :)

niedziela, 20 lipca 2014

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

O książce "Ciemno, prawie noc" usłyszałam po raz pierwszy  pod koniec roku 2012, kiedy to jej fragmenty były czytane w radiowej Trójce ( TUTAJ więcej na ten temat). Szalenie mnie ona zaintrygowała, tym bardziej, że chwilę wcześniej skończyłam czytać "Piaskową Górę" oraz "Chmurdalię" i obydwie książki bardzo mi się podobały. Wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po "Ciemno, prawie noc", jednak to całe szaleństwo związane z jej nomiancją, a później zwycięstwem w konkursie NIKE nieco ostudziło mój zapał i postanowiłam przeczekać, aby nie sugerować się tym, co na gorąco mówią inni. Przeczekałam, przeczytałam i... mam bardzo mieszane, wręcz negatywne uczucia.

 Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji. W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej. Nie po to jednak, by bawić czytelnika: w tym, co niesamowite, często ukryta jest prawda o nas, której na co dzień nie chcemy pamiętać.

Zacznę może od tego, czego się spodziewałam. Po poprzednich książkach pani Bator wiem, że tworzy on niesamowite i bardzo przemyślane historie, więc dodając dwa plus dwa, a więc poznany już talent autorki plus streszczenie fabuły z okładki, byłam pewna, że trzymam w rękach wyjątkowo mocny kryminał. Jednak im dłużej książkę czytałam, tym bardziej się gubiłam i zastanawiałam co to tak naprawdę jest? Horror? Powieść psychologiczna? Gotyk z elementami s-f? Chyba wszystkiego po trochu, a co za tym idzie, czegoś tu za dużo...

W zasadzie osią napędową całości jest zaginięcie trójki wałbrzyskich dzieci, a więc mamy zagadkę i tajemnicę, jednak wraz z przybyciem na miejsce głównej bohaterki, Alicji Tabor, cała uwaga zostaje skupiona na niej i jej mniejszych, bądź większych traumach. Tutaj też raz po raz dochodzą kolejni bohaterowie, jednak każdy z nich jest coraz bardziej specyficzny od poprzedniego i po chwili mamy całą galerię być może barwnych, ale na dłuższą metę bardzo męczących postaci. Jestem bardzo rozczarowana doborem i rozwojem bohaterów w tej książce, z niesympatyczną Alicją Tabor na czele.

Jeśli chodzi o fabułę, to tak jak i w poprzednich książkach pani Bator, jest ona bardzo dobrze skonstruowana, lecz tym razem poszła ona w stronę, która do mnie akurat nie przemówiła. Dużo tu wątków z elemetami patologii i fanatyzmu religijnego, które według autorki mają ukazać nasz kraj w nieco krzywym zwierciadle, a tym samym dać nam, czytelnikom do myślenia, jednak moim zdaniem autorka momentami balansuje już na granicy absurdu i przerysowania.

No cóż, jak widać ani fabuła ani bohaterowie do mnie nie przemówili i generalnie mało co mi się w tej książce podobało. Wszystkiego było tu, jak dla mnie, za dużo - bohaterów, wątków, a przede wszystkim nadęcia i brutalności. Dalej twierdzę, że pani Bator jest bardzo utalentowaną pisarką i z pewnością dalej będę po nią sięgała (w kolejce czeka już "Japoński wachlarz"),  jednak akurat ta pozycja jest jak dla mnie najsłabszą książką tej autorki. Jeśli ja bym miała możliwość wyboru, to i owszem, przyznałabym jej nagrodę NIKE ale na pewno za"Piaskową Górę", a nie za "Ciemno, prawie noc".

N koniec wypowiedź pana Tadeusza Nyczka (przeodniczącego jury, które przynawało nagrodę NIKE w 2013 roku), która bardzo celnie określa "inność" tej książki:

„Czytając […] powieść Joanny Bator nie wierzyłem, dosłownie, własnym oczom. Gdzież wynalazła te wszystkie nadzwyczajności i ciemne czarodziejstwa zobaczone i doznane przez stołeczną dziennikarkę? Wtedy w sukurs przyszedł mi język tej książki, bo to on właśnie, język, najlepiej wytłumaczył i obronił szalone pomysły autorki. Dzięki niemu, jego giętkości i wielobarwności banalna zwykłość i zwykła banalność zamieniały się w wydarzenia, małe święta codzienności”

A wy? Czytaliście już tę książkę? Macie ją w planach czy może to zupełnie nie wasza bajka?

niedziela, 6 lipca 2014

Książki przeczytane/ przesłuchane w maju i czerwcu

Dziś, w ramach nadrabiania zaległości, będzie zbiorowo, czyli kilka słów o mniej lub bardziej interesujących książkach, które ostatnio trafiły w moje ręce, ale po których emocje opadły już na tyle, że ciężko zebrać się do napisania bardziej obszernych recenzji (po kliknięciu na tytuł książki przeniesiecie się na stronę z opisem fabuły).



"Magnolia" Grażyna Jeromin - Gałuszka 

Bardzo fajna książka, której jedynym mankamentem była wolno rozkręcająca się akcja. O ile jednak ciężko mi było przebrnąć przez początek, o tyle później nie mogłam się od niej oderwać i  doczekać finału, a ten okazał się być bardzo emocjonujący i zaskakujący. Bez wątpienia sięgnę po kolejne książki tej autorki i to nawet nie dlatego, żeby przekonać się czy trzymają ten sam poziom, ale przede wszystki po to, aby poznać dalsze losy bohaterów, z którymi całkiem mocno się zżyłam.

 
"Nie odchodź" Lisa Scottoline

Póki co najgorsza książka roku! Skusiłam się na nią po zachwytach w klubie "Kobiety to czytają", ale już po pierwszych stronach wiedziałam, że się nie polubimy, bo a) fabuła nie dość, że strasznie naciągana, to jeszcze przewidywalna b) nie znoszę tego sztucznego grania na uczuciach w iście amerykańskiem stylu. Przez książkę przebrnęłam tylko dlatego, że raczej nie mam zwyczaju poddawać się w połowie i liczę na pozytywne zaskoczenie pod koniec, ale tym razem obyło się bez zaskoczeń, a książkę odłożyłam z jednym wielkim westchnieniem ulgi. 




Tę książkę dostałam od znajomej w ramach żartu na którąś rocznicę mojego ślubu i pamiętam, że kiedy sięgnęłam po nią po raz pierwszy (jakieś dwa lata temu) byłam szalenie zaskoczona...nazwijmy to otwarością i dosadnością autorki. Nie bardzo mi się to podobało i książkę odłożyłam na lepsze czasy, ale teraz, kiedy znowu trafiła w moje ręce, a w międzyczasie przeczytałam też "50 twarzy Greya" stwierdzam, że Betty Herbert w porównaniu z E. L. James wydaje się być wręcz pruderyjna ;). Ogólnie rzecz ujmując obydwie książki trzymają podobny, lekko grafomański poziom i nie wnoszą nic do życia zwykłego śmiertelenika, przy czym E. L. James otwarcie przyznaje, że opisuje kobiece fantazje ku uciesze i rozrywce tłumu, a B. Herbert ma większe aspiracje i nazywa swoje dzieło poradnikiem, przy czym takie porady jak te, równie dobrze można włożyć między bajki...


AUDIOBOOKi


"Cwaniary" Sylwia Chutnik 

To spotkanie z Sylwią Chutnik zaliczam do średnio udanych, bo książka ta nie wzbudziła we mnie żadnych emocji - ani mnie nie zauroczyła ani nie zraziła. Ot, zupełnie ambiwalentne odczucia - posłuchałam, przemyślałam, odłożyłam i zapomniałam. Myślę, że świat dresiarzy, który jest w tej książce opisywany jest mi na tyle obcy, że nie byłam w stanie zżyć się z żadną z bohaterek, a przez to też nie potrafiłam odpowiednio wczuć się w klimat. Na plus jedynie narracja Marii Seweryn, która fantastycznie wcieliła się w rolę lektora.




Książka wciągająca i poruszająca, choć z pewnością niepełna i mało obiektywna. Autor położył w niej nacisk przede wszystkim na brak miłości w życiu Marilyn, przez co słuchając jego opowieści prześlizgujemy się jedynie po tych punktach i osobach w życiorysie Marilyn, które przysporzyły jej bólu i cierpienia, a to co dobre czy też to co doprowadziło ją na szczyt stanowi jedynie drugi plan, delikatne tło. Książkę z pewnością polecam, bo jest ona ciekawa, ale na pewno warto doinformować się jeszcze u innych źródeł. Dodam jeszcze, że tym razen lektorką była Anna Guzik.

Reasumując, w minionych miesiącach obyło się bez szału i mam nadzieję, że lipiec oraz sierpień będą znacznie ciekawsze pod względem czytelniczym. A przy okazji, możecie coś polecić na sezon urlopowy? W planie mamy jeden, nieco dłuższy wyjazd i już teraz zastanawiam się co ze sobą zabrać, żeby później nie żałować, więc jeśli macie coś godnego polecenia, to koniecznie dajcie znać!

Serdecznie pozdrawiam!
Magota