niedziela, 20 lipca 2014

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

O książce "Ciemno, prawie noc" usłyszałam po raz pierwszy  pod koniec roku 2012, kiedy to jej fragmenty były czytane w radiowej Trójce ( TUTAJ więcej na ten temat). Szalenie mnie ona zaintrygowała, tym bardziej, że chwilę wcześniej skończyłam czytać "Piaskową Górę" oraz "Chmurdalię" i obydwie książki bardzo mi się podobały. Wiedziałam, że prędzej czy później sięgnę po "Ciemno, prawie noc", jednak to całe szaleństwo związane z jej nomiancją, a później zwycięstwem w konkursie NIKE nieco ostudziło mój zapał i postanowiłam przeczekać, aby nie sugerować się tym, co na gorąco mówią inni. Przeczekałam, przeczytałam i... mam bardzo mieszane, wręcz negatywne uczucia.

 Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji. W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej. Nie po to jednak, by bawić czytelnika: w tym, co niesamowite, często ukryta jest prawda o nas, której na co dzień nie chcemy pamiętać.

Zacznę może od tego, czego się spodziewałam. Po poprzednich książkach pani Bator wiem, że tworzy on niesamowite i bardzo przemyślane historie, więc dodając dwa plus dwa, a więc poznany już talent autorki plus streszczenie fabuły z okładki, byłam pewna, że trzymam w rękach wyjątkowo mocny kryminał. Jednak im dłużej książkę czytałam, tym bardziej się gubiłam i zastanawiałam co to tak naprawdę jest? Horror? Powieść psychologiczna? Gotyk z elementami s-f? Chyba wszystkiego po trochu, a co za tym idzie, czegoś tu za dużo...

W zasadzie osią napędową całości jest zaginięcie trójki wałbrzyskich dzieci, a więc mamy zagadkę i tajemnicę, jednak wraz z przybyciem na miejsce głównej bohaterki, Alicji Tabor, cała uwaga zostaje skupiona na niej i jej mniejszych, bądź większych traumach. Tutaj też raz po raz dochodzą kolejni bohaterowie, jednak każdy z nich jest coraz bardziej specyficzny od poprzedniego i po chwili mamy całą galerię być może barwnych, ale na dłuższą metę bardzo męczących postaci. Jestem bardzo rozczarowana doborem i rozwojem bohaterów w tej książce, z niesympatyczną Alicją Tabor na czele.

Jeśli chodzi o fabułę, to tak jak i w poprzednich książkach pani Bator, jest ona bardzo dobrze skonstruowana, lecz tym razem poszła ona w stronę, która do mnie akurat nie przemówiła. Dużo tu wątków z elemetami patologii i fanatyzmu religijnego, które według autorki mają ukazać nasz kraj w nieco krzywym zwierciadle, a tym samym dać nam, czytelnikom do myślenia, jednak moim zdaniem autorka momentami balansuje już na granicy absurdu i przerysowania.

No cóż, jak widać ani fabuła ani bohaterowie do mnie nie przemówili i generalnie mało co mi się w tej książce podobało. Wszystkiego było tu, jak dla mnie, za dużo - bohaterów, wątków, a przede wszystkim nadęcia i brutalności. Dalej twierdzę, że pani Bator jest bardzo utalentowaną pisarką i z pewnością dalej będę po nią sięgała (w kolejce czeka już "Japoński wachlarz"),  jednak akurat ta pozycja jest jak dla mnie najsłabszą książką tej autorki. Jeśli ja bym miała możliwość wyboru, to i owszem, przyznałabym jej nagrodę NIKE ale na pewno za"Piaskową Górę", a nie za "Ciemno, prawie noc".

N koniec wypowiedź pana Tadeusza Nyczka (przeodniczącego jury, które przynawało nagrodę NIKE w 2013 roku), która bardzo celnie określa "inność" tej książki:

„Czytając […] powieść Joanny Bator nie wierzyłem, dosłownie, własnym oczom. Gdzież wynalazła te wszystkie nadzwyczajności i ciemne czarodziejstwa zobaczone i doznane przez stołeczną dziennikarkę? Wtedy w sukurs przyszedł mi język tej książki, bo to on właśnie, język, najlepiej wytłumaczył i obronił szalone pomysły autorki. Dzięki niemu, jego giętkości i wielobarwności banalna zwykłość i zwykła banalność zamieniały się w wydarzenia, małe święta codzienności”

A wy? Czytaliście już tę książkę? Macie ją w planach czy może to zupełnie nie wasza bajka?

1 komentarz:

  1. Miałam zamiar przeczytać, ale w końcu odniosłam ja do biblioteki nie czytaną.
    Już same bluzgi mnie odstraszały a na dodatek przeczytałam dwie mało pozytywne recenzje i dałam sobie spokój. Nie lubię być w książkach epatowana złem na potęgę. Nie po to sięgam po książki.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!