niedziela, 28 września 2014

"Gwiazd naszych wina" John Green

Przyznam, że bardzo długo biłam się z myślami czy sięgnąć po tę książkę. Nie tyle w kontekście całego zamieszania wokół tej pozycji i jej filmowej adaptacji, co z pobudek osobistych - kilka miesięcy temu bliski członek mojej rodziny stoczył bardzo nierówną walkę z rakiem, zakończoną brutalnie i bez happy endu, przez co całkowicie odeszła mi ochota na czytanie czegokolwiek w tym temacie. Zaczęta jakiś czas temu "Zorkownia" do tej pory nie doczekała się "doczytania" i pewnie jeszcze trochę potrwa zanim znowu będę w stanie po nią sięgnąć....

Jednak "Gwiazd naszych wina" zaintrygowała mnie na tyle, że się przełamałam. Zainteresowało mnie przede wszystkim to, że większość - nawet tych niepochlebnych opinii - podkreślało, iż jest to książka godna przeczytania. Przeczytałam więc i... z pewnością nie żałuję!

"Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.
Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra Gwiazd naszych wina to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości."


To  czego bałam się najbardziej, to epatowanie śmiercią w sposób przerysowany, wymuszający na czytelniku z góry określone emocje. Umówmy się - o ile wszyscy wiemy, że choroba taka jak rak nie wybiera, to jednak znacznie szybciej godzimy się ze śmiercią osoby dorosłej niż dziecka, czy nastolatka. Bałam się więc, że autor może zagrać na naszych uczuciach, stosując ciosy poniżej pasa, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż w opisie oprócz wzmianek o chorobie, padają też hasła o wielkiej, nieoczekiwanej miłości...

John Green jednak miło zaskakuje. Owszem, jest rak, jest miłość, jest lekkie przegadanie, ale na pewno nie ma tandety i powielania schematów. Historia jest spójna i ciekawa, a co najważniejsze - napisana bardzo lekkim piórem, przez co ciężkość tematu zostaje niejako zrównoważona.

Jest jednak pewne małe ale... Choć szalenie podoba mi się ta całania ironia i sarkazm, z jaką młoda Hazel i Augustus podchodzą do tematu swojej choroby i kontaktów z otaczającym ich światem, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że przedstawiony w tej opowieśći świat, jest jednak zbyt idylliczny - mimo  tej całej walki i choroby obojga bohaterów. Zabrakło mi trochę takiego drugiego, przyziemnego dna. Są drogie leki, terapie, ale nie ma choćby wzmianki o problemach z pozyskaniem funduszy na nie, jest wielka miłość i oddanie rodziny, ale zero odniesień do tego jakim kosztem się to odbywa. Moim zdaniem przez to wszystko cała historia traci nieco na swojej wiarygodności. Nie przeszkadza to jednak na tyle, by nie móc delektować się tą powieścią, o ile można użyć słów "delektować się" w stosunku do ksiąki o umieraniu...

Reasumując, John Green chwycił mnie za serce i chętnie zapoznam się z innymi książkami tego autora. Z pewnością sięgnę też po film na podstawie książki o której dziś pisałam. 



A Wy? Czy ktoś z Was już widział lub czytał "Gwiazd naszych wina"? Jak wrażenia?

1 komentarz:

  1. Książki jeszcze nie czytałam, choć mam na swojej półce.
    Odniosę się jednak do tego co napisałaś.
    Myślę, że to czego Ci tu brakuje, czyli tych spraw przyziemnych, jak np. koszty leczenia to takie amerykańskie... Gdyby książkę napisał Polak to te problemy na pewno byłyby w książce ujęte. Amerykanie są inni, oni zapytani "jak się czują?" zawsze odpowiadają "dobrze". Nawet w chorobie nie eksponują tych przyziemnych problemów, że się tak wyrażę technicznych, bo to nie leży w ich naturze.
    Nie sądzisz, że coś jest w tych moich wnioskach?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!