sobota, 18 października 2014

"Wyspa na prerii" Wojciech Cejrowski

Są takie książki, które sprawiają, że już po pierwszych stronach stwierdzasz "Ooo, tak...to jest to!". Siadasz wygodnie w ulubionym fotelu, cicho w tle puszczasz muzykę, sięgasz po lampkę dobrego wina i zaczynasz swoją przygodę z lekturą. Tak właśnie było z "Wyspą na prerii" Cejrowskiego.  Delektowałam się nią, chłonęłam i cieszyłam powrotem autora z którym, co prawda, nie zgadzam się w wielu kwestiach, ale którego książki uwielbiam.

zdjęcie pochodzi ze strony warto-nie-warto.pl


O czym jest ta książka?

"Rzecz dzieje się współcześnie w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasz cywilizacja. Posłuchajcie..."*

Jako student autor imał się różnych zajęć i to w różnych zakątkach świata. Na dłuższą chwilę osiadł w Arizonie, jako pomocnik na rancho, aby przyjrzeć się z bliska  życiu prawdziwych kowbojów. Zakochał się w tym miejscu, a ono mu się odwdzięczyło. W wyniku splotu pewnych wydarzeń, Wojciech Cejrowski został pełnoprawnym właścicielem małego rancha, które co prawda po pewnym czasie porzucił, ale do którego po dwudziestu latach powrócił, na nowo zaczynając swoją przygodę z prerią.

"Wyspa na prerii" jest książką całkowicie inną niż "Rio Anaconda" czy "Gringo wśród dzikich plemion" i nie mam tu na myśli tylko tej najbardziej oczywistej różnicy, że nie traktuje o indianach. Jest to książka inna, bo jej akcja jest niespieszna, a autor nie odkrywa co rusz nowych zakątków, ale skupia się na zwykłym, codziennym życiu w małym domku na prerii, opisując przy tym cały swój proces adaptacyjny. Poskramianie natury, wgryzanie się w lokalne zwyczaje, zaskarbianie sobie sympatii okolicznych mieszkańców,  to tylka kilka przykładów z tego o czym traktuje ta książka. Dla jednych będzie to ciekawą odmianą, dla innych, zwłaszcza tych którzy szukają wielkich przygód, ogromnym rozczarowaniem. Ja należę do grupy pierwszej.

Obraz arizońskiej prerii, jaki wyłania się z opowieści autora jest zaskakujący. Ludzie z jednej strony przedstawieni są jako stado, grupa, która żyje w pełnej symbiozie, z drugiej jednak strony każdy jest tu indywidualistą i dziwakiem. Wszyscy - zarówno biurokraci, jak i listonosz czy sprzedawca w sklepie - uważają, że prawo jest dla nich, ale jeśli państwo wymaga czegoś od nich, to nagminnie te przepisy łamią i nic sobie z tego prawa nie robią, bo przecież kto ma broń, ten ma rację. Początkowo mamy wrażenie, że ludzie są tu tak prości, że aż nieco zacofani, ale jednak większość z nich doskonale radzi sobie w interesach wszelkiego typu i na biedę nie narzeka. Kraina sprzeczności...

Wojciech Cejrowski przygląda się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczyma i w typowy dla siebie sposób komentuje. Lubię ten styl, pełen humoru i ironii, choć wydaje mi się, że autor tak się tą innościa zachwyca, że aż zachłystuje i w pewnych momentach zupełnie traci obiektywizm. Niemniej, jak zawsze, pisze ciekawie i spawia, że czujemy się jakbyśmy byli na tej wyprawie razem z nim, co jest niewątpliwie wielkim plusem tej książki.

Na minus są moim zdaniem zdjęcia. Nie mylić z oprawą książki, która jest piękna! Kredowy papier, lekko postarzane strony, mapki i klimatyczne rysunki sprawiają, że książka jest prawdziwą czytelniczą ucztą, jednak fotografie są często bez większej treści i nie są adekwatne do danego działu. Być może się czepiam, ale uważam, że w książce podróżniczej zdjęcia powinny zapierać dech w piersiach, albo przynajmniej zaskakiwać, a tu nastąpiło lekkie rozczarowanie.

Generalnie książka bardzo mi się podobała. Były rozdziały bardziej ciekawe, były i takie pisane trochę na siłę, ale uważam, że całość jest bardzo sympatyczna. Jeśli  ktoś, tak ja, nie spodziewa się fajerwerków, ale ciekawych i zabawnych anegdot, to z pewnością się nie zawiedzie, natomiast jeśli jest rządny mocniejszych wrażeń, to powinien sięgnąć po wcześniejsze książki autora. Jest w czym wybierać :).

* "Wyspa na prerii", W. Cejrowski,  wydawnictwo Zyski i S-ka 2014, str. 7 

Książkę dodaję do wyzwania "Reporterskim okiem" 

piątek, 10 października 2014

"Jeżynowa zima" Sarah Jio

Przyznam, że do niedawna brakowało w mojej biblioteczce książek z zakresu - szeroko pojętej - literatury kobiecej. Nie dlatego, żebym ich nie czytała, ale zawsze było mi szkoda pieniędzy na jednorazowe czytadło i wolałam inwestować w książki porządne, nieco bardziej ambitne, a przede wszystkim takie do których kiedyś chętnie będę wracać. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie zaczęło brakować mi małych, poręcznych i lekkich w treści książek, które spokojnie mogę zabrać ze sobą na spacer, do autobusu czy wizytę u lekarza. Takich, które bez żalu mogę odłożyć na bok i wrócić do nich przy kolejnym wyjściu. Tym sposobem zaczęłam od jakiegoś czasu nabywać kieszonkowe wydania Schmitta, Evansa, Ahern itd., bo na ogół nie kosztują one więcej niż 10 zł i są miłym urozmaiceniem po książce cięższego kalibru.Wilk syty i owca cała :)



Ostatnio sięgnęłam właśnie po jedną z tych książek, a była to"Jeżynowa zima" Sary Jio. Czytałam już kiedyś jedną książkę tej autorki i choć "Marcowe fiołki" nie powaliły mnie wtedy na kolana, tak tym razem się nie rozczarowałam.

Główna bohaterka, Claire jest dziennikarką i żoną Ethana. W wyniku pewnych tragicznych wydarzeń jej życie traci sens, co w znaczny sposób odbija się na jej małżeństwie i pracy. Brak jej chęci i motywacji do działania, a niespodziewany atak zimy, tylko pogarsza jej nastrój. Jednak to, co początkowo zdaje się być kolejnym utrapieniem, staje się punktem zwrotnym w jej życiu. Claire dostaje zlecenie napisania artykułu o anomaliach pogodowych, przez co przypadkiem natrafia na poruszającą historię chłopca, Daniela, który zaginął w tajemniczych okolicznościach kilkadziesiąt lat wcześniej, również podczas takiej niespodziewanej, majowej śnieżycy. Historia ta nie daje Claire spokoju, więc postanawia ona rozwikłać tę tajemnicę. Od tego momentu zaczynamy śledzić już nie tylko losy Claire, ale i Very, matki Daniela, przenosząc się do 1933 roku....


Wielokrotnie już wspominałam, że ja wprost uwielbiam książki, których akcja toczy się dwutorowo. Uważam, że takie poprowodzenie akcji na ogół działa na wielki plus książki i sprawia, że czytelnik ciągle czuje niedosyt, bo jak w jednej historii się coś wyjaśni, to druga zaczyna się dla odmiany komplikować. Tym sposobem nie możemy się oderwać od lektury i tak właśnie było tym razem.

Zarówno jedna, jak i druga bohaterka są kobietami z krwi i kości. Kochają, tęsknią ale też błądzą i popełniają błędy. Zarówno jedna, jak i druga oddałyby też życie za swoje dziecko i to jest właśnie centralnym punktem tej powieści. Siła miłości i wybaczania pokazana jest w "Jeżynowej zimie" z różnych perspektyw, przez co historia jest ciekawa i momentami bardzo wzruszająca. Owszem, jest to typ powieści "ku pokrzepieniu serc", jednak nie wieje od niej przy tym tanią ckliwością, przez co lektura jest bardzo przyjemna.

Moim zdaniem "Jeżynowa zima" spodoba się większości z nas.  Znajdziemy tu wszystko, co powieść tego typu powinna w sobie zawierać - fascynującą historię, tajemnicę, przyjemny styl, a do tego zaskakujące zakończenie. Jednym słowem: polecam!

wtorek, 7 października 2014

Spotkanie autorskie z Sylwią Chutnik i Petrą Hůlovą

Odkąd tylko dowiedziałam się, że do Monachium przyjedzie Sylwia Chutnik, wiedziałam, że będę na tym spotkaniu. Choćby się waliło i paliło. I tak też się stało - wczoraj miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z tą wspaniałą autorką oraz czeską pisarką Petrą Hůlovą.


Zacznijmy może od strony organizacyjnej, bo w tym przypadku jest to bardzo istotna kwestia. Spotkanie odbywało się w języku niemieckim, co miało zarówno swoje plusy, jak i minusy. Niewątpliwym plusem jest to, że dzięki temu autorki zostały przedstawione szerszej publiczności, minusem natomiast fakt, iż wprowadziło to aurę pewnego skrępowania wśród publiczności i atmosfera nie była tak luźna jak na spotkaniach tego typu, odbywających się w języku ojczystym.

Moderatorkami, a zarazem tłumaczkami były pani Agnieszka Kowaluk oraz Zuzana Jürgens, natomiast odczyty książek w języku niemieckim prowdziła aktorka Julia Loibl (niektóre fragmenty były odczytywane rónież przez same autorki w językach ojczystych). Wszystkie panie spisały się na medal!  Zarówno pani Agnieszka, jak i Zuzana nie tylko płynnie lawirowały  między polskim, czeskim i niemieckim, ale również w mgnieniu oka wyłapywały wszelkie niuanse i skupiały się na tym co istotne dla nas jako czytelników, prowadząc rozmowę w danym kierunku. Uważam, że całość była poprowadzona bardzo profesjonalnie.


Sylwia Chutnik i Agnieszka Kowaluk

Przejdźmy więc do samych autorek. O ile Sylwii Chutnik nikomu przedstawiać nie trzeba, o tyle Petra Hůlova raczej nie jest szerzej znana polskiemu czytelnikowi, a przynajmniej ja do tej pory niewiele o niej słyszałam. Na spotkaniu dowiedziałam się m.in., że większość swego życia spędziła ona w Mongolii i Stanach Zjednoczonych, a od jakiegoś czasu na nowo mieszka w Pradze, gdzie pisze książki, cieszące się dużą populuranością i wraz ze swoim partnerem prowadzi restaurację. W Polsce ukazały się jak do tej pory trzy powieści tej autorki, a są to: "Czas Czerwonych Gór" (seria z miotłą, wydawnictwo W.A.B), "Stacja Tajga" (również wydawnictwo W.A.B) oraz "Plastkowe M3, czyli czeska pornografia" (wydawnictwo Afera) o którym mowa była na spotkaniu. O samej książce jeszcze się nie wypowiem, bo dopiero wczoraj ją nabyłam i jestem w trakcie lektury, ale jeśli chodzi o autorkę, to zrobiła ona na mnie imponujące wrażenie. Bardzo spokojna, wyważona w swoich opiniach, ale zarazem o silnej osobowość, z tym nieokreślonym czymś w oczach, wskazującym na spore życiowe doświadczenie, a zarazem dystans do otaczającej nas rzeczywistości. Jak się okazało była to jedna z wielu cech wspólnych łączących obydwie pisarki.
 
 Petra Hůlova, a za komputerem Zuzana Jürgens

Sylwia Chutnik natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie swoją otwartością i ciepłem. Do tej pory przeczytałam trzy książki jej autorstwa ("Cwaniary", "Kieszonkowy atlas kobiet","Mama ma zawsze rację") i po ich autorce niejako automatycznie spodziewałam się buntowniczego sposobu bycia, radykalnych poglądów czy też dosadnych sformułowań, a okazało się, że jest to bardzo spokojna, elokwentna i przesympatyczna osoba. Z jej wypowiedzi biła autentyczność i mam tu na myśli nie tylko to co mówiła o książce i swoich poglądach, ale również rozmowę, którą przeprowadziłyśmy podczas krótkiej przerwy na takie przyziemne tematy jak łączenie obowiązków zawodowych z byciem mamą czy też pojawiające się zawsze nie w porę przeziębienie ;)


Sylwia Chutnik

Nie wiem na ile same autorki czy organizatorzy byli zadowoleni z tego spotkania, ale ja uważam je za bardzo udane i niezmiernie się cieszę, że mogłam wziąć w nim udział. Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, poszerzyłam horyzonty i z przyjemnością posłuchałam co autorki mają do powiedzenia na temat swoich książek. Jedyne co mogłoby zagrać trochę lepiej, to publiczność. Wiem, że było sporo Polaków, którzy chętnie by na spotkanie przybyli, ale z różnych względów nie mogli (praca, pobyt w Polsce po długim weekendzie, bo piątek był w Niemczech wolny) i ten deficyt był moim zdaniem mocno odczuwalny. Niemniej cieszę się, że jest chęć i zapotrzebowanie na takie spotkania. Oby było ich w Monachium jak najwięcej!