wtorek, 20 października 2015

"Marsjanin" Andy Weir

Choć fantastyka naukowa nie jest moim ulubionym gatunkiem, to odkąd tylko usłyszałam o "Marsjaninie", wiedziałam, że prędzej czy później po niego sięgnę. Ewidentnie mam słabość do historii o ludziach, którzy w pojedynkę muszą stawić czoła wielkiemu wyzwaniu, a im bardziej nietypowe jest to zadanie, tym chętniej się w książkę zagłębiam. Tak było  i tym razem.

Mark Watney jest jednym z członków sześcioosobowej załogi Ares 3, która jako pierwsza ląduje na Marsie. Jej zadaniem jest zbadanie terenu i zebranie próbek, jednak podczas jego wykonywania nadchodzi silna pisakowa burza, która zmusza astronautów do natychmiastowego odwrotu. Udaje się to wszystkim, poza Markiem, który to nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, zostaje trafiony jednym z elementów oderwanej satelity i porwany razem z wiatrem. Wszystkie wartości przekazane komputerowo z jego kombinezonu jednoznacznie wskazują na to, że Mark nie żyje, więc jego koledzy z ciężkim sercem zaprzestają poszukiwań i podejmują decyzję o wyruszeniu w drogę powrotną bez niego.  Jakież jest zdziwienie Marka, kiedy następnego dnia otwiera oczy i stwierdza a) że przeżył b) że został na Marsie zupełnie sam c) że wszyscy myślą, że nie żyje, a więc nikt nie będzie go ratował d) że nie ma szans na przetrwanie z takim zapasem wody i jedzenia jaki mu pozostał. Jednak zdziwi się ten kto myśli, że nasz bohater usiądzie i będzie płakał. Nie, on po pierwszej fali szoku postanawia, że nawet jak nie ma szans na przeżycie, to nie podda się bez walki i postanawia zrobić wszystko, aby przeżyć jak najdłużej. W tym momencie zaczyna się walka z czasem i prawdziwe oswajanie Czerwonej Planety!

Andy Weir napisał książkę niezwykłą i udowodnił, że o kosmosie można opowiedzieć ciekawie nie tylko w kontekście wielkich, patetycznych wypraw czy inwazji Obcych, ale odnosząc się do zwykłej woli przetrwania pojedynczej jednostki. Myślę, że właśnie dlatego odniósł tak wielki sukces, bo nie sili się na przedstawianie astronauty jako swego rodzaju nadczłowieka, za to daje nam Marka, który oprócz tego, że jest zdolnym biologiem, jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości. Wielokrotnie błądzi, do wszystkiego dochodzi metodą prób i błędów i robi to z humorem, niosąc jasny przekaz - przegrywa tylko ten, kto nawet nie próbuje wygrać. 

Historia całej wyprawy opowiadana jest z dwóch perspektyw. Obok prowadzącego swój marsjański dziennik Marka, występuje tu również narrator trzecioosobowy, który na bieżąco opowiada o tym, co się dzieje w siedzibie NASA czy też na statku załogi powracającej z Marsa. Zabieg bardzo udany, gdyż znacznie ułatwia czytelnikowi połączenie wszystkich wątków w jedną całość, jednak w tym miejscu należy dodać, że czasem otrzymujemy zbyt wiele informacji na raz. To samo tyczy się natłoku fachowych pojęć, które na pewno wyjaśniają co nieco fizykom czy inżynierom, ale zwykłemu zjadaczowi chleba, a zwłaszcza takiemu o umyśle humanistycznym już niekoniecznie. Tego jednak nie sposób uniknąć i myślę, że gdyby nie one, książka znacznie straciłaby na wiarygodności.

Na wielki plus za to, zaliczam autorowi  sporą dawkę humoru, ironii oraz dystansu do otaczającej nas rzeczywistości i to bez względu na to, czy znajdujemy się na ziemi czy na Marsie. To zawsze do mnie przemawia i sprawia, że połykam książkę jednym tchem, a w tym przypadku niczego nie zabrakło. Dodając do tego wartką akcję, ciągłe zaskoczenie i zakończenie, które czytałam ze ściśniętym sercem, otrzymujemy doskonałą lekturę na długie, jesienne wieczory.

Myślę, że warto również wspomnieć, iż książka Andy'ego Weira jest nie tylko pozycją ciekawą,  ale także ładnie wydaną i przyjazną czytelnikowi od strony technicznej. Format nieco większy, ale ciągle poręczny, wielkość czcionki, która nie męczy oczu, bardzo wyraźny podział na rozdziały i oddzielne wątki - to wszystko sprawia, że książkę czyta się szalenie przyjemnie nie tylko ze względu na treść, ale również na to, jak została złożona. Jedyne nad czym ubolewam to to, że ta piękna okładka ze zdjęcia powyżej została zastąpiona wersją filmową i z wielu stron słyszę, że są wielkie problemy z zakupem tej poprzedniej.

A skoro już przy filmie jesteśmy, to na koniec napiszę jeszcze kilka słów o filmowej adaptacji "Marsjanina", bo tę również miałam okazję obejrzeć podczas minionego weekendu.

Oczekiwania wobec tego filmu miałam bardzo duże i jeśli mam być szczera, to początkowo nie bardzo byłam zachwycona obsadzeniem Matta Damona w roli Marka Watnaya. Tak naprawdę oprócz cyklu o Bournie, jakoś nigdy do mnie nie przemówił jako aktor, jednak wgląda na to, że pan Damon jest niczym wino i im starszy, tym lepszy, bo w "Marsjaninie" był po prostu rewelacyjny! Jak dla mnie przeszedł samego siebie i jest to jedna z lepszych ról, jakie udało mu się zagrać.

Sama historia została dość wiernie odwzorowana i co ważne, obyło się bez dłużyzn i typowo amerykańskiego zadęcia. Efekty specjalne nie przytłaczały, dialogi bawiły (sądząc po reakcji ludzi w kinie, nie tylko mnie), a akcja cały czas trzymała w napięciu. Czego chcieć więcej? Jak dla mnie, Ridley Scott spisał się na medal.

Reasumując, ja ze swojej strony polecam zarówno książkę, jak i film. Bardzo rzadko zdarza mi się to mówić czy pisać, ale uważam, że i jedno i drugie trzyma ten sam, wysoki poziom.

A Wy? Czytaliście już tę książkę albo widzieliście film? Jak Wasze wrażenia?

piątek, 16 października 2015

Wywiad z Joanną Mielewczyk, autorką książki "Seks. Pozycja dla praktykujących"

Joanna Mielewczyk wychowała się we Wrocławiu, pracuje w Warszawie, a od niedawna żyje w Monachium. Dziennikarka, mama dwójki dzieci, relaksuje się przy tworzeniu biżuterii. Ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, a pierwsze zawodowe kroki stawiała w gazecie „Słowo Polskie” i w Radiu Wrocław. Od roku 2004 pracuje dla Programu Trzeciego Polskiego Radia i prowadzi tam dwie bardzo popularne audycje: Matkę Polkę Feministkę oraz Seks nasz powszedni. Niedawno, pod patronatem Znaku, ukazała się jej pierwsza książka "Seks. Pozycja dla praktykujących".

PolskieRadio.pl


Joasię poznaję przypadkiem, w głośnej i typowo bawarskiej knajpce w samym centrum Monachium. Jest to jedno z naszych regularnych, babskich spotkań, organizowanych przez niezastąpioną Dominikę z bloga Polka w Monachium, a sympatyczna i początkowo trochę wycofana blondynka właśnie dołączyła do naszego grona. W momencie, kiedy wychodzi na jaw, że pracuje w Trójce oraz, że niedawno wydała swoją pierwszą książkę, staje się dla mnie jasne, że chciałabym się o niej dowiedzieć znacznie więcej. Umawiamy się więc na kolejne spotkanie i już w nieco bardziej kameralnych warunkach rozmawiamy o życiu pomiędzy Polską, a Niemcami, o byciu mamą, pracy w Trójce, ale przede wszystkim o kulisach powstawania książki, która z miejsca trafiła na listy bestsellerów. Zapraszam na wywiad!


znak.com.pl

- Od niedawna mieszkasz w Monachium. Jakie są Twoje pierwsze wrażenia?

Przyjechaliśmy z mężem i synami na początku września i pewnie dlatego, że to rodzinna decyzja, większość rzeczy, która zrobiła na mnie wrażenie, związana jest z dziećmi. I tak przede wszystkim zwróciłam uwagę na świetne ścieżki rowerowe, place zabaw, parki, miejsca, gdzie można rodzinnie odpoczywać.  Monachium, mimo że jest wielokulturowym miastem, jest też miastem bardzo spójnym.  Wyrazem tego jest Oktoberfest, podczas którego tradycyjne stroje noszą nie tylko Bawarczycy, ale też wszyscy, którzy to miasto pokochali, niezależnie od tego, skąd są.  No i tutejsze piwo również zasługuje na uznanie.

- Czy mieszkając tutaj będziesz kontynuowała swoją współpracę z Polskim Radiem?

Tak. Szczęśliwie okazało się, że będę nadal mogła nagrywać rozmowy na temat rodzicielstwa. Jest to dla mnie niezwykle ważne, bo spotkania z rodzicami również mnie – mamę – rozwijają. Będę też prowadzić audycję Seks nasz powszedni, w której wraz ze specjalistami: psychologami, psychiatrami, seksuologami, ginekologami rozmawiam na temat naszej intymności. Okazało się, że moje szefowe uważają, że wyjazd nie jest przeszkodą, będę przyjeżdżać do Warszawy, do Trójki i wykorzystywać każdą minutę na przygotowywanie i zbieranie materiału. A montażem zajmę się w Monachium.

- Prowadzisz dwie audycje:  Seks nasz powszedni oraz  Matkę Polkę Feministkę. Dlaczego akurat taka tematyka i czym właściwie jest dla Ciebie feminizm?

Po pierwsze – uwielbiam rozmawiać. I to sprawdza się w obu przypadkach, czyli rozmowach o rodzicielstwie i o seksie. Po drugie – mam taką cechę, która czasem sprowadza na mnie kłopoty ;) Otóż, nie krępuję się zadając naprawdę intymne pytania. Często poprzedzam je informacją, że nie obrażę się, jeśli ktoś nie odpowie, nigdy jednak nie zdarzyło się, żebym nie otrzymała odpowiedzi.
A feminizm to dla mnie sprawiedliwy podział obowiązków, nie równy, a sprawiedliwy. Bo oczywistym jest, że czasem jedna osoba w związku ma więcej czasu na aktywność zawodową, a druga na domową. Ważne by obie role, bardziej tradycyjne, lub mnie, odpowiadały wszystkim w rodzinie.

 - Jesteś związana z radiową Trójką oraz z Wydawnictwem Znak. Czy są jeszcze inne projekty?

Większość projektów związana jest z Trójką. Każdy, kto choć raz słuchał tej rozgłośni, wie, że wciąga, przywiązuje i sprawia, że nic już nie smakuje tak samo. Chodzi o świetną muzykę, dziennikarzy, którzy są entuzjastami tego, co robią. O otwartość słuchaczy, którzy są bardzo często inspiracją. Dlatego cieszę się, że obok mojej pracy zawodowej udało mi się w Trójce stworzyć – wraz z Krystianem Hanke - dwa audioprzewodniki po Sopocie i moim rodzinnym Wrocławiu. To takie dźwiękowe spacery po mieście, pełne anegdot, opowieści o ciekawych miejscach. Obie audycje – Matka Polka Feministka i Seks nasz powszedni – są autorskimi projektami, ponieważ dotąd byłam wydawca kultowej audycji Zapraszamy do Trójki. Tej porannej.  I z tego akurat musiałam zrezygnować w związku z wyjazdem.

Poza tym – współpracuję z gazetami. Właśnie ukazała się moja rozmowa z pedagogami na temat wypuszczania dzieci z gniazda w gazecie Newsweek Psychologia  Extra, a teraz czekam na publikację rozmowy w Urodzie Życia. To takie rzeczy, które z przyjemnością będę także robiła stąd.

W połowie przyszłego roku zaskoczę również jeszcze jednym projektem. Ale to na razie tajemnica, więc cicho sza.

- Skąd czerpiesz pomysły na swoje programy? Co jest dla Ciebie największą inspiracją?

Największą inspiracją jest chyba obserwacja bliskich, rodziny, znajomych. Często tematy, które pojawiają się w rozmowach przy kawie pojawiają się w audycjach. I te dotyczące rodzicielstwa i intymności. Bardzo często to słuchacze piszą i proszą o zajęcie się tematem. W przypadku Matki Polki Feministki to pewnie 70 procent tematów, gdy gośćmi są słuchacze, którzy sami się zgłosili. Jeśli zaś chodzi o Seks nasz powszedni – słuchacze również proszą o podjęcie tematu, dzwoniąc lub wysyłając maile.

- W którym momencie zakiełkowała myśl o książce i czy możemy się spodziewać kolejnej?

Myśl o książce zakiełkowała najpierw w głowach redaktorów Znaku. I udało im się przekonać mnie do pomysłu. To było zaledwie po 8 audycjach, które pojawiły się na antenie, więc bardzo szybko. Ale też bez problemu ustaliliśmy formułę. Chodziło o to przede wszystkim, by w książce zawrzeć pytania i wątpliwości słuchaczy wraz z odpowiedziami specjalistów. Oraz by pojawiła się nowość, czyli specjalny komentarz, tzw. Praktyczna końcówka, która jest rodzajem podsumowania każdego z 14 rozdziałów.

Moim marzeniem jest ciąg dalszy „Seksu. Pozycji dla praktykujących”, ponieważ pojawiło się wiele nowych, niesamowitych tematów, które poruszaliśmy w audycji.

I ten tajemniczy projekt jest związany z publikacją, ale już nie o seksie.

- Dlaczego Twoim zdaniem warto mówić i pisać o seksie?

My często mówiąc o seksie zapominamy, że chodzi także o budowanie intymności w związku, bliskości. Seks to dotyk, przytulenie, czułe słowa. Gdy to się w związku dzieje jesteśmy zwyczajnie zdrowsi. Są badania mówiące o tym, że czuły dotyk pomaga w walce z depresją. Udane życie intymne nas napędza, dodaje nam energii. Sprawia, że czujemy się młodsi. I dotyczy to osób w każdym wieku.

Warto też o tym mówić, bo mało o swojej seksualności wiemy, nie znamy swoich ciał, swoich potrzeb. Nie rozmawiamy o nich z partnerem. Zapominamy, że nasze potrzeby zmieniają się z wiekiem, że warto dopytywać, aktualizować swoją wiedzę.

- Współpracujesz z wieloma wybitnymi specjalistami – seksuologami, psychologami, ale także z filozofami, coachami, a nawet księżmi czy katechetami. Czym się kierujesz dobierając gości do swoich audycji?

Przede wszystkim szukam fachowców. I mam wrażenie, że udało mi się taką grupę specjalistów, którzy są chętni by dzielić się swoim doświadczeniem, zaprosić do współpracy. To lekarze: psychiatrzy, ginekolodzy. To terapeuci, pedagodzy, edukatorzy seksualni. Osoby z dużym doświadczeniem, jak chociażby prof. Zbigniew Izdebski, czy dr Marek Jasiński. Ale też świetni, młodzi eksperci, jak dr Agata Loewe czy dr Robert Kowalczyk. I oczywiście świetne panie dbające o nasza intymność, pozytywna seksualność, zajmujące się sex-coachingiem-jak Karo Akabal, Joanna Keszka, Santi. No i nieoceniona edukatorka seksualna, dr Alicja Długołęcka.

Ale, oczywiście, pojawiają się nowe osoby, w związku z kolejnymi tematami. Tak więc, gdy rozmawiałam o seksie tantrycznym, gośćmi byli nauczyciele tantry, gdy mówiliśmy o seksie katolików z Krakowa przyjechał ks. Ksawery Knotz, duszpasterz rodzin. Zawsze staram się, by słuchacze dowiedzieli się, jak najwięcej, jak najszerzej. I mając to na uwadze, szukam specjalistów.

- Twoja książka zbiera bardzo dobre recenzje i ja również uważam, że jest świetna, ale bardzo ciekawi mnie co według Ciebie wyróżnia ją wśród innych tego typu? Dlaczego ludzie powinni po nią sięgnąć?

Bardzo dziękuję. Cieszę się, że książka Ci się spodobała. Myślę, że jej siłą jest to, że odpowiada na prawdziwe pytania. Że słuchacze proszą o poradę, a nam łatwo się utożsamić z ich problemami. Bo są takie, jakie towarzyszą nam wszystkim. To nie jest książka o pozycjach seksualnych, choć i takie wątki się pojawiają. To rozmowy o tym, co w seksie zawodzi najbardziej, czyli o komunikacji. O tym, że musimy się siebie w związku nauczyć. O tym, ze nasze potrzeby się zmieniają, bo pojawiają się dzieci, bo się starzejemy, bo czasem są i choroby, ale zawsze warto spróbować powalczyć o intymność, o namiętność. I myślę, że siłą tej książki może być to, że pojawia się w niej aż 26 specjalistów. To ogromny walor, że nad naszym życiem intymnym pochyla się tak wielu rewelacyjnych ekspertów. Uchylę rąbka tajemnicy. Z wydawnictwem rozmawialiśmy o 10 rozdziałach, jest 14! I książka „Seks. Pozycja dla praktykujących” ma prawie 400 stron. Ale też jest bardzo przyjaźnie wydana, można spokojnie zabrać ją do łóżka, nie jest ciężka i nie rozklei się.

- Po jakie książki Ty sięgasz w wolnym czasie?

Uwielbiam reportaże. Patrzę teraz na półkę i widzę na niej, oczywiście, „Antologię polskiego reportażu XX wieku” w opracowaniu Mariusza Szczygła., jest Małgorzaty Szejnert „My właściciele Teksasu”. Mam trzy świetne zbiory reportaży o kobietach, czyli „Walka jest kobietą”, „Siła jest kobietą” i  „Grzech jest kobietą”. Jest sporo książek o seksie i intymności, ze „Sztuką kochania” Michaliny Wisłockiej na . I są trzy książki, odłożone do przeczytania: „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej, „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce” Kamila Janickiego oraz „Kobieta dość doskonała” Sylwii Kubryńskiej. To tak w ogromnym skrócie, ponieważ podczas przeprowadzki kartony z książkami stanowiły większość bagażu, a nawet połowa nie została jeszcze wypakowana.

- Która audycja najmocniej zapadła Ci w pamięć i czy jest jakiś temat, którego byś nie była w stanie poruszyć?

Mnie chyba najbardziej porusza reakcja słuchaczy, a ich zainteresowała audycja o problemach z seksem, o przedwczesnym wytrysku, pochwicy, dyspareunii. To była bardzo specjalistyczna rozmowa z psychiatrą i psychologiem. Dzwoniło wielu panów, mówili o swoich wynikach badań, lekarz kierował dalej, namawiał na wizytę u specjalistów. Potem dostawałam informację, że zdecydowali się odwiedzić choćby lekarza internistę. To był dla mnie znak, że audycja cieszy się nie tylko powodzeniem, ale przede wszystkim zaufaniem. Ogromny komplement.

Natomiast audycja o seksie tantrycznym była niezwykle uspokajająca. Także podobała się słuchaczom.

Przede mną bardzo trudny temat, do którego ciągle się przygotowuję, związany z nadużyciami, molestowaniem, pedofilią. Rozmawiałam już ze świetnym psychiatrą na ten temat. I wiem, że słuchacze również czekają na tę audycję.

Poruszę pewnie każdy temat, ale na poważnie. Nie chcę by audycja była pełna żartów, bo tych na temat seksu znamy wiele, ale rozmawiać na poważnie nie potrafimy. Chociaż z wieloma ekspertami czujemy się w studiu tak swobodnie, że – szczególnie, gdy słychać muzykę – my trochę się do siebie uśmiechamy.

- Jest radio i książka, przyjdzie również czas na telewizję?

Radio ma swoją magię, tajemnicę. To mi bardzo odpowiada. Będę próbowała więcej pisać. O telewizji nie myślałam.

- Jak widzisz siebie za 10 lat? Chcesz iść dalej w tym kierunku, którym podążasz teraz czy może chciałabyś spróbować czegoś innego?

Jestem otwarta na to, co dzieje się w moim życiu. Stąd pewnie zdecydowaliśmy się na taką zmianę, jaką jest rozpoczynanie kolejnego etapu życia w Monachium. Więc z szeroko otwartymi oczami będę patrzyła na wszystko, co teraz wydarzy się w moim życiu i jeśli zobaczę szansę na coś nowego, fascynującego, z pewnością z tego skorzystam. To, z czego nie chcę rezygnować, to rozmowy z ludźmi. Myślę, że Monachium i w tym temacie otwiera dla mnie nowe możliwości.

- Po prostu muszę spytać... Jakiego radia słuchasz? 

I tu Cię nie zaskoczę. Trójki. Mam swoje ulubione audycje, a teraz słucham jej znacznie częściej niż w Polsce, gdy wracałam z pracy i odpoczywałam w ciszy. Lubię też Radio Wrocław, także ze względu na sentyment, bo w nim rozpoczynałam swoją radiową przygodę. A tu, w aucie, mam ustawioną stację Bayern 3.


Asi dziękuję za przemiłe spotkanie i jestem pewna, że nie będzie ono naszym ostatnim, a Was serdecznie zachęcam do sięgnięcia po książkę (niedługo pojawi się tu konkurs w którym będzie możną ją wygrać) i słuchania prowadzonych przez Asię audycji. Wszystkie informacje na ten temat znajdziecie tutaj:



wtorek, 6 października 2015

Podsumowanie września, zakupy i plany na październik

Piękny, klimatyczny i zaczytany wrzesień za nami. Przyznam, że po tych intensywnych, letnich miesiącach z wielką przyjemnością zwolniłam tempo i skupiłam się na nieco innych rzeczach. Było podziwianie księżyca, pieczenie ciasteczek, dużo spacerów, sadzenie z dziećmi nasion oraz dinozaurów ;), fantastyczny biwak z przyjaciółmi na zakończenie lata, ale przede wszystkim było duuuuuużo książek, świeczek, nastrojowej muzyki i herbaty z cytryną :)  



Ale przejdźmy do podsumowania właściwego. Pod względem czytelniczym, wrzesień był bardzo dobrym miesiącem. Książki, które sobie na ten czas wybrałam były dość różnorodne i poza"Dziką drogą", która zupełnie nie przypadła mi do gustu (dlaczego, napisałam TUTAJ), okazały się naprawdę ciekawe. "Obca" Diany Gabaldon niesamowicie mnie wciągnęła i oczywiście teraz chcę więcej, "Idealne miejsce do życia" Marcina Szmela totalnie zaskoczyło i zachwyciło, natomiast "Synowie Anarchii" o których napiszę niebawem, okazali się najlepiej wydanym komiksem z jakim w ogóle miałam do czynienia! Te właśnie cztery książki przeczytałam we wrześniu w całości, natomiast  są jeszcze trzy, które solidnie napoczęłam, ale kończyć już będę w pierwszych dniach października. Są to "Muzyka i emocje" Malcolma Budda, "Wybrana" Naomi Novik oraz "Rozbiórka. Wiersze, rozmowy i portery 26 poetów". 


Skoro już jesteśmy przy planach na październik, to dodam, że poza tym co wyżej, będę jeszcze na pewno czytała "Wszystko co lśni" Eleanor Catton. Co prawda planowałam sięgnąć po tę cegiełkę dopiero w grudniu, ale musiałam te plany zmienić, gdyż w listopadzie w Monachium startuje Literaturfest 2015 i 19.11 odbędzie się spotkanie autorskie z tą panią. Oczywiście, mam zamiar na nim być, więc w tej chwili książka ta ma największy priorytet. W tym miejscu zdradzę Wam jeszcze, że grudzień zapowiada się równie ciekawie, jeśli chodzi o literaturę, gdyż wybieram się na dwa kolejne spotkania autorskie - 2.12 z Umberto Eco (w Literaturhaus) oraz 19.12 z Dorotą Masłowską (w Muffatwerk). Tym samym już teraz wiem, co będę czytała w listopadzie i o czym napiszę w grudniu ;)


No dobrze. Było rozliczenie z wrześniem, było październikowe planowanie, więc czas na ostatni punkt programu, a więc moje nieskromne stosisko i książki, które w minionym miesiącu zasiliły naszą domową bibliotekę. Nawet nie wiem kiedy się tego tyle uzbierało...



Od góry:

"Buszujący w zbożu" J.D. Salinger - kiedyś byłam zakochana w tej książce i postanowiłam sprawdzić czy teraz zrobi ona na mnie równie mocne wrażenie 

"Więcej czerwieni" Katarzyna Puzyńska - kontynuacja "Motylka", który to bardzo mi się podobał.

"W słusznej sprawie" Diane Chamberlain - prezent od Mamy, który ogromnie mnie ucieszył, bo nie dość, że bardzo lubię styl pisania tej autorki, to jeszcze jest to książka z klubu "Kobiety to czytają" 

"Wieczory w Umbrii" Marlena de Blasi - mam sentyment do tej pani i sięgam w ciemno po wszystko co napisała, a czego jeszcze nie czytałam.

"Detektyw pozytywka" Grzegorz Kasdepke - bardzo ciekawa książeczka, gdzie dziecko również może się zbawić w detektywa. Mój 4-latek zachwycony.

"Uwięziona w Bursztynie" Diana Gabaldon - kontynuacja "Obcej", czyli to, co bym teraz czytała, gdyby nie wyprzedziło jej "Wszystko co lśni".

"Kompania braci" Stephen E. Ambrose - Olga z "Wielkiego Buka" tak się kiedyś tą książką zachwycała, że do dziś pamiętam jej recenzję, a motyw "Orlego gniazda" w którym niedawno byłam, tylko zaostrzył apetyt na tę lekturę!

"Mój przyjaciel Hitler" Heinrich Hoffmann - prezent od Taty. W tym roku zaliczyliśmy rodzinnie kilka punktów na mapie Polski i Niemiec związanych z Hitlerem, więc teraz sobie podrzucamy różne ciekawostki w tym temacie.

"Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły" Adele Faber, Elaine Mazlish - klasyka gatunku i podobno coś, co każdy rodzic przeczytać powinien. To mnie akurat nie rusza, ale że poleciła mi go również bardzo zaufana osoba, to... 

"Wybrana" Naomi Novik - mój imieninowy prezent, już w trakcie czytania. Póki co, rewelacja! 

"Wszystko co lśni" Eleanor Catton - o tej książce pisałam już wyżej. 

"365 obiadów" Lucyna Ćwierczakiewicz - guru polskich gospodyń domowych w przepięknym wydaniu! Zarówno pod względem zawartości, jak i wyglądu, jest to najlepsza książka kucharska jaką mam!

"Preludium fundacji" Isaac Asimov - książka dla męża, która rozpoczyna kolejną serię, co by mu nudno nie było ;) 

"Jeszcze krótsza historia czasu" Stephen Hawking - również dla męża, tym razem jako uzupełnienie "Krótkiej historii czasu", bo ta go zachwyciła.

I to tyle, moi drodzy, w temacie września i października. Mam nadzieję, że u Was też trwa wielkie zaczytanie, bo przecież trzeba dobrze wykorzystać te jesienne wieczory ;) Koniecznie dajcie znać, co Wy obecnie czytacie, albo co Was książkowo najbardziej zachwyciło lub zirytowało w minionych tygodniach. Jak zawsze, możecie pisać tu, na FB lub na @. Ściskam!

Magota