wtorek, 12 kwietnia 2016

"450 stron" Patrycja Gryciuk

O najnowszej książce Patrycji Gryciuk dowiedziałam od Anity z kanału Bookreviews by Anita, a że była ona tam bardzo chwalona, a ja lubię poznawać nowych autorów, postanowiłam także po nią sięgnąć.

Patrycja Moreou jest autorką bardzo poczytnych kryminałów i praktycznie cały swój wolny czas poświęca pisarskiej pasji. Kiedy pod wielką presją kończy swoją najnowszą powieść, odczuwa wielką ulgę i radość, jednak okazuje się, że szczęście to nie potrwa długo. Nie dość, że zostaje ona oskarżona ona o plagiat, to jeszcze wciągnięta w kryminalną intrygę, a co gorsza, w tym samym czasie rozpoczyna się seria morderstw, popełnianych w identyczny sposób, jaki został opisany na kartach najnowszej książki jej największego konkurenta. Czy Wiktoria pozna prawdę, wyjdzie z tej opresji cało i uchroni swoje dobre imię?

Przyznam, że mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki. Z jednej strony czytało mi się ją naprawdę przyjemnie, z drugiej jednak, było sporo elementów, które mi tę przyjemność psuły i w efekcie końcowym zachwytu nie było. Zacznijmy jednak od tych pozytywnych aspektów.

Przede wszystkim spodobało mi się tutaj to, jak autorka operuje słowem. Naprawdę było wiele momentów, kiedy czytałam jakiś akapit po 2-3 razy dla samej przyjemności obcowania z tekstem i w moim odczuciu autorka ma talent, który niestety w tej akurat książce nie do końca został wykorzystany. Niemniej, dzięki temu, że styl Patrycji Gryciuk jest lekki i przyjemny, książkę czyta się bardzo szybko i - abstrahując od całej reszty - po prostu dobrze.

Kolejnym plusem jest motyw przewodni "450 stron", a więc kwestia pisania i wydawania książki.  Jako rasowy mol książkowy nigdy nie mam dość tego tematu, więc kiedy tylko mogę czytać książkę o książkach, raduje się serce moje i dusza. :) Problem jedynie w tym, że temat ten również nie został przez autorkę  rozwinięty jak należy i tak naprawdę otrzymujemy  zlepek informacji, które jak dla mnie nie tworzą spójnej całości.

Podobnie jak i porterty psychologiczne bohaterów. Niby nie są złe, ale brakuje w nich tego "czegoś", co sprawia, że albo się z daną postacią identyfikujemy albo jej mocno kibicujemy, albo chociaż szczerze nienawidzimy. W przypadku tej książki, praktycznie każda postać wzbudziła we mnie co najwyżej ambiwalentne uczucia, a już chłopak naszej bohaterki i generalnie cały wątek miłosny po prostu przepełniły czarę goryczy.

Tak, to trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie -o ile fabuła w tej książce ma pewne niedociągnięcia, ale mimo wszystko jest interesująca, tak romans po prostu woła o pomstę do nieba. Płaski, banalny i schematyczny, stanowi mieszankę tego, czego ja osobiście najbardziej nie znoszę i co do mnie po prostu nie jest w stanie przemówić. Zabrakło mi tu lekkości, chemii czy choćby odrobiny ciepła, za to aż w nadmiarze dostałam sztucznej namiętności i bardzo nijakich dialogów. I na tym może dyplomatycznie zakończę ten temat ;).

Sama fabuła okazała się całkiem ciekawa, choć jako stary, kryminalny wyjadacz miałam poczucie niedosytu i pewnej schematyczności. Owszem, dałam się kilkukrotnie zaskoczyć, jednak nie aż tak, jakbym sobie tego życzyła, ale tutaj nie będę się już czepiać, bo ja po prostu lubię kryminały w nieco mocniejszym wydaniu. Jeśli więc przyjmiemy za wyznacznik tekst z okładki, że jest to kryminał kobiecy, to zostańmy przy tym i cieszmy się lekturą.

Reasumując, jeżeli chodzi o mnie, to ani nie polecę, ani nie odradzę tej książki, bo choć na mnie nie wywarła ona wielkiego wrażenia, to myślę, że dla wielu, nieco mniej niż ja wymagających czytelników, może się ona okazać naprawdę przyjemną lekturą. Wydaje mi się, że Patrycja Gryciuk ma wielki potencjał i przy nieco podszlifowanym warsztacie, może nas jeszcze bardzo miło zaskoczyć. Trzymam za to kciuki!

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona:



poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Zjawa" Michael Punke

Na fali Oscarowego szaleństwa sięgnęłam po książkę, na podstawie której nakręcono film o tym samym tytule, gdzie w rolę głównego bohatera wcielił się Leonardo di Caprio i zrobił to podobno tak dobrze, że dostał za nią tę jakże długo wyczekiwaną statuetkę. Filmu co prawda jeszcze nie widziałam, ale o książce mogę wam troszeczkę opowiedzieć.

Rok 1823, rozkwit handlu skórami i penetracji terenów, do których nie dotarł jeszcze żaden biały człowiek. Hugh Glass, od dziecka marzący o dalekich podróżach, zaciąga się do Kompanii Futrzarskiej Gór Skalistych, aby w końcu przeżyć Przygodę Swojego Życia. Jakby nie patrzeć cel ten osiąga, choć nie ma co ukrywać, że nie o takiej przygodzie marzył. Zamiast podboju terenów, zwanych terra incognito, już na początku wyprawy zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia Grizzly i ledwo uchodzi z tego spotkania z życiem. Koledzy z kompanii początkowo starają się mu pomóc, jednak nie widząc szans na to, że Hugh przeżyje, ruszają w dalszą wędrówkę, pozostawiając przy umierającym dwóch mężczyzn na warcie, którzy po śmierci Glassa mają go godnie pochować. Są to wyrachowany najemca John Fitzgerald i młody, jeszcze nieopierzony traper Jim Bridger. Mężczyźni Ci jednak nie dotrzymują danego dowódcy słowa i w strachu przed Indianami uciekają z miejsca czuwania, pozostawiając dogorywającego Glassa bez żadnych środków do życia, a nawet kradnąc mu strzelbę i nóż, bez których nikt nie ma prawa przeżyć na prerii. Glassa, który w przebłysku świadomości widzi, co się dzieje, ogarnia tak wielka złość i nienawiść, że poprzysięga sobie przeżyć, dopaść zdrajców i wymierzyć im sprawiedliwość.

Ach, co to za wspaniała powieść! Przy lekturze tej książki poczułam się dokładnie tak samo, jak lata temu, kiedy to w niedzielne popołudnia oglądałam pierwsze westerny. Zapomniałam już ile uroku kryją w sobie niezbadane prerie, tajemniczy Indianie i  ten  tak bardzo surowy styl życia tamtych lat, więc naprawdę  z wielką przyjemnością powróciłam do tego świata, a jedyne czego żałuję to tego, że historia ta jest tak krótka.

Punke świetnie oddaje klimat tamtej epoki i choć jego forma przekazu jest dość oszczędna, przez co całość początkowo wydaje się być nieco toporna, to z każdą kolejną stroną przekonujemy się, iż tak naprawdę dodaje  to tylko "Zjawie" uroku. Generalnie ze świecą szukać tutaj zbędnych opisów, postaci, dłużyzn czy upiększeń, a i sama sama fabuła nie jest jakoś szczególnie rozbudowana, jednak w tym przypadku w ogóle to nie razi, bo i tak otrzymujemy Dziki Zachód w najlepszym wydaniu, a nie rozpraszając się zbędnymi detalami, możemy się w pełni skupić na naszym bohaterze i jego niezwykłej walce o przetrwanie. Niezwykłej tym bardziej, że jest to historia oparta na faktach. Przyznam, że jak dla mnie jest to coś absolutnie niesamowitego, bo obrażenia jakich doznał Glass oraz droga, którą przeszedł od wypadku do spotkania z Fitzgeraldem i Bridgerem, po prostu mrożą krew w żyłach. A autor nie szczędzi nam detali typu: "Ciało Glassa było całe w strzępach, od stóp do głowy. Zdarta skóra zwisała z jednej strony czaszki (...) Tak czy owak gardło było rozprute, mięśnie rozcięte, przełyk odsłonięty...", więc gęsia skórka gwarantowana.

Tutaj też warto zaznaczyć, że w "Zjawie" nie występuje żadna postać kobieca, za to testosteron aż wycieka z kart tej książki. Aż dziw, że słowo to nie znalazło się w podtytule ;) Jednak w żadnym wypadku nie oznacza to, że nie sprawdzi się ona jako lektura dla płci pięknej. Wręcz przeciwnie, uważam, że po tych wszystkich przesłodzonych i wyidealizowanych bohaterach występujących w literaturze współczesnej, naprawdę warto powrócić do korzeni i poczytać o kimś takim jak Glass.

Reasumując, bardzo polecam tę książkę. W moim odczuciu "Zjawa" jest naprawdę ciekawą i szalenie wciągającą lekturą, która zadowoli każdego miłośnika przygody w jej najbardziej pierwotnej postaci. Z tego co wiem, różni się też ona dość znacznie od filmu, więc nawet Ci, którzy już zobaczyli ten tytuł na dużym ekkranie, mogą spokojnie sięgnąć po książkowy pierwowzór.

piątek, 8 kwietnia 2016

"Ed Sheeran. Graficzna podróż" Ed Sheeran x Philip Butah



Są ludzie, którzy bawią się w robienie muzyki i tacy, którzy nią po prostu żyją. Ed Sheeran stanowczo zalicza się do tej drugiej kategorii, o czym można się przekonać tylko na dwa sposoby: albo oglądając z nim wywiad, albo sięgając po tę książkę.

Ja stanowczo polecam to drugie rozwiązanie, bo „Graficzna  podróż” jest pozycją wyjątkową. Nie tylko pozwalającą nam poznać Eda od zupełnie innej, momentami bardzo zaskakującej strony, ale także przepięknie wydaną i niosącą bardzo pozytywne przesłanie.

Jednak choć autorem wszystkich tekstów jest tu sam Ed, to „Graficzna podróż” nie jest autobiografią sensu stricto. Sheeran już na samym wstępie zaznacza, że jest zbyt młody aby pisać tego typu książkę, jednak kiedy pojawia się propozycja stworzenia wspólnego projektu z przyjacielem, Phillipem Butah‘em, gdzie rysunki tego drugiego mają się przeplatać z muzycznymi opowieściami Eda, ten nie zastanawia się nawet przez chwilę. Efekt tej zabawy przerasta najśmielsze oczekiwania, a książka już w dniu premiery rozchodzi się niczym ciepłe bułeczki i znika ze sklepowych półek. Nic w tym dziwnego, bo jest ona naprawdę małym dziełem sztuki. 

Na „Graficzną podróż” składa się osiem rozdziałów z tekstami Eda oraz niezliczona ilość grafik i fotografii autrostwa Phillipa. Teksty Eda są dokładnie takie jak on sam - szczere, pozytywne i pełne prawdziwych emocji. Autor nie sili się na udawanie kogoś kim nie jest i nigdy nie będzie, a wręcz przeciwnie. Niejednokrotnie podkreśla, że właśnie tylko dzięki temu, iż niezależnie od sytuacji zawsze pozostawał wierny sobie, udało mu się dotrzeć do tego miejsca, gdzie jest teraz, a droga, która tu prowadziła była naprawdę długa i kręta.

I to jest właśnie to, co w „Graficznej podróży” uderza najbardziej. Ilość zakrętów jaką autor musiał pokonać oraz jego siła samozaparcia i ogrom pracy od wielu lat wkładanej w tworzenie muzyki, są wręcz niewyobrażalne. Wystarczyłoby tego do obdarowania kilku osób. A on mimo wszystko pozostaje ciągle tym samym sympatycznym i niczym niezrażonym chłopakiem, który prędzej przestanie grać niż zagra pod kogoś i który jeszcze mocniej niż muzykę, kocha swoją rodzinę i przyjaciół. 

A skoro już o przyjaciołach mowa, to przejdźmy do Phillipa. Jest on jednym z najstarszych i najbliższych znajomych Eda i to właśnie miłość do rysunku sprawiła, że Phillip pojawił się w domu Sheeranów. Rodzice Eda sami żywo interesowali się sztuką, co tłumaczy nie tylko ich przychylność do muzycznej kariery Eda, ale także wspieranie talentów, takich jak Phillip. Ten szkoląc się w coraz to nowych technikach często wykorzystywał Eda jako modela, dzięki czemu na przestrzeni lat uzbierał się imponujący zbiór grafik, które w bardzo ciekawy i oryginalny sposób dokumentują drogę, jaką przeszedł Ed od swoich pierwszych muzycznych kroków po chwilę obecną. Najciekawsze z tych rysunków zostały przedstawione w książce i to właśnie one są przysłowiową wisienką na torcie „Graficznej podróży”.

Tak więc Phillip i Ed to bardzo zgrany duet, nie tylko w życiu, ale i na kartach tej książki. Fantastycznie się oni uzupełniają, dzięki czemu „Graficzna podróż” stanowi bardzo smakowity kąsek nie tylko dla fanów Sheerana, ale także dla wszystkich miłośników rysunku i inspirujących, a zarazem życiowych historii o tym, że sukces nikomu nie spada z nieba i nie jest dany raz na zawsze. Gorąco polecam!

Autor: Phillip Butah, Ed Sheeran
Tytuł: Graficzna podróż
Przekład: Michał Strąkow
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 210

Moja ocena: 5/6


Recenzja przygotowana we współpracy z portalem biblionetka.pl
 


czwartek, 7 kwietnia 2016

"Moje córki krowy" Kinga Dębska



Książek o chorobie, cierpieniu i umieraniu najbliższych było już wiele. Jedne bardziej epatują patosem, inne mniej, ale ciężko o historię w której autor potrafi tak wypośrodkować emocje, aby czytelnik oprócz tych przejmująco smutnych  refleksji, szczerze się przy książce zaśmiał i wyniósł z niej więcej dobrego niż złego. Kindze Dębskiej się to udało. 

Tytułowe córki krowy to siostry, Kasia i Marta. Obydwie mają po czterdzieści kilka lat, spory życiowy bagaż i skrajnie różne podejście do życia. Tak naprawdę, jedyne co je łączy, to wzajemna niechęć i strach o rodziców, którzy z dnia na dzień coraz bardziej podupadają na zdrowiu. Wydawać by się mogło, że kiedy jedno z nich zacznie umierać, a sytuacja zrobi się naprawdę dramatyczna, to konflikty między naszymi bohaterkami stracą na sile, jednak dzieje się wręcz odwrotnie. Dopiero teraz opadają wszelkie maski i zahamowania, a tłumione od lat emocje wybuchają ze zdwojoną siłą. Czy wyjdzie im to na dobre czy może przyniesie więcej szkody niż pożytku?

 "Moje córki krowy" to książka z pogranicza kilku gatunków. Z jednej  strony powieść społeczno – obyczajowa z elementami romansu, z drugiej tragikomedia, a nawet dramat. Mieszanka tyle samo interesująca, co niebezpieczna, bo łatwo popaść w tani sentymentalizm. Autorka często balansuje na granicy, niemniej wychodzi z tego zwycięsko, a to za sprawą ogromnego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości i rozbrajającego poczucia humoru. Choć pisze o sprawach szalenie trudnych i bolesnych, to nie boi się ironii i dosadnego języka, a dodatkowo skupia się także na innych aspektach życia naszych bohaterów, przez co powieść nabiera bardzo potrzebnej w tym przypadku lekkości.

Udanym zabiegiem okazało się tutaj wprowadzenie dwóch planów narracyjnych. Dzięki temu, że patrzymy na całą historię zarówno oczyma  Marty, jak i Kasi, możemy lepiej poznać źródła ich frustracji, wzajemnej niechęci i nagromadzonego przez lata żalu. Złożoność tych relacji zaskakuje, ale także sprawia, że bardziej identyfikujemy się z naszymi bohaterkami. Cieszy mnie, że autorka spojrzała na ten temat z szerszej perspektywy, bo bez tego powieść byłaby niepełna. Nie można dobrze opisać zmagań z chorobą rodziców, bez uwzględnienia lęków i dylematów opiekujących się nimi dzieci.

Jeśli chodzi o warsztat pisarski autorki, to być może nie jest on doskonały, ale z pewnością trzyma  bardzo przyzwoity poziom. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jak na debiut literacki osoby, która do tej pory parała się jedynie filmem, to pani Dębska wykazała się znacznie większą pisarską intuicją niż niejedna autorka z wieloletnim doświadczeniem. Nie  sili się  ona na mocno skomplikowaną fabułę czy też wymyślny język, ale próbuje dotrzeć do czytelnika przejrzystą treścią, emocjami i taką prostą życiową mądrością, która zawsze się w książce obroni.

Czy polecam tę książkę? Tak, jak najbardziej. Do mnie ona przemówiła i uważam, że warto po nią sięgnąć już choćby z tego względu, że temat poruszony przez autorkę prędzej czy później będzie dotyczył  każdego z nas. I choć nigdy nie przygotujemy się wystraczająco dobrze na starość czy odejście naszych rodziców, to z pewnością nie zaszkodzi chwila refleksji na ten temat, a jeśli dodatkowo mamy możliwość poczytania o tym bez zadęcia, a wręcz z przymrużeniem oka, to tym bardziej warto skorzystać.

Autor: Kinga Dębska
Tytuł: Moje córki krowy
Wydawnictwo: Świat książki
Liczba stron: 304
Moja ocena: 4/6

Recenzja przygotowana we współpracy z portalem biblionetka.pl