czwartek, 7 kwietnia 2016

"Moje córki krowy" Kinga Dębska



Książek o chorobie, cierpieniu i umieraniu najbliższych było już wiele. Jedne bardziej epatują patosem, inne mniej, ale ciężko o historię w której autor potrafi tak wypośrodkować emocje, aby czytelnik oprócz tych przejmująco smutnych  refleksji, szczerze się przy książce zaśmiał i wyniósł z niej więcej dobrego niż złego. Kindze Dębskiej się to udało. 

Tytułowe córki krowy to siostry, Kasia i Marta. Obydwie mają po czterdzieści kilka lat, spory życiowy bagaż i skrajnie różne podejście do życia. Tak naprawdę, jedyne co je łączy, to wzajemna niechęć i strach o rodziców, którzy z dnia na dzień coraz bardziej podupadają na zdrowiu. Wydawać by się mogło, że kiedy jedno z nich zacznie umierać, a sytuacja zrobi się naprawdę dramatyczna, to konflikty między naszymi bohaterkami stracą na sile, jednak dzieje się wręcz odwrotnie. Dopiero teraz opadają wszelkie maski i zahamowania, a tłumione od lat emocje wybuchają ze zdwojoną siłą. Czy wyjdzie im to na dobre czy może przyniesie więcej szkody niż pożytku?

 "Moje córki krowy" to książka z pogranicza kilku gatunków. Z jednej  strony powieść społeczno – obyczajowa z elementami romansu, z drugiej tragikomedia, a nawet dramat. Mieszanka tyle samo interesująca, co niebezpieczna, bo łatwo popaść w tani sentymentalizm. Autorka często balansuje na granicy, niemniej wychodzi z tego zwycięsko, a to za sprawą ogromnego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości i rozbrajającego poczucia humoru. Choć pisze o sprawach szalenie trudnych i bolesnych, to nie boi się ironii i dosadnego języka, a dodatkowo skupia się także na innych aspektach życia naszych bohaterów, przez co powieść nabiera bardzo potrzebnej w tym przypadku lekkości.

Udanym zabiegiem okazało się tutaj wprowadzenie dwóch planów narracyjnych. Dzięki temu, że patrzymy na całą historię zarówno oczyma  Marty, jak i Kasi, możemy lepiej poznać źródła ich frustracji, wzajemnej niechęci i nagromadzonego przez lata żalu. Złożoność tych relacji zaskakuje, ale także sprawia, że bardziej identyfikujemy się z naszymi bohaterkami. Cieszy mnie, że autorka spojrzała na ten temat z szerszej perspektywy, bo bez tego powieść byłaby niepełna. Nie można dobrze opisać zmagań z chorobą rodziców, bez uwzględnienia lęków i dylematów opiekujących się nimi dzieci.

Jeśli chodzi o warsztat pisarski autorki, to być może nie jest on doskonały, ale z pewnością trzyma  bardzo przyzwoity poziom. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jak na debiut literacki osoby, która do tej pory parała się jedynie filmem, to pani Dębska wykazała się znacznie większą pisarską intuicją niż niejedna autorka z wieloletnim doświadczeniem. Nie  sili się  ona na mocno skomplikowaną fabułę czy też wymyślny język, ale próbuje dotrzeć do czytelnika przejrzystą treścią, emocjami i taką prostą życiową mądrością, która zawsze się w książce obroni.

Czy polecam tę książkę? Tak, jak najbardziej. Do mnie ona przemówiła i uważam, że warto po nią sięgnąć już choćby z tego względu, że temat poruszony przez autorkę prędzej czy później będzie dotyczył  każdego z nas. I choć nigdy nie przygotujemy się wystraczająco dobrze na starość czy odejście naszych rodziców, to z pewnością nie zaszkodzi chwila refleksji na ten temat, a jeśli dodatkowo mamy możliwość poczytania o tym bez zadęcia, a wręcz z przymrużeniem oka, to tym bardziej warto skorzystać.

Autor: Kinga Dębska
Tytuł: Moje córki krowy
Wydawnictwo: Świat książki
Liczba stron: 304
Moja ocena: 4/6

Recenzja przygotowana we współpracy z portalem biblionetka.pl

 

1 komentarz:

  1. Obie wersje tej historii - zarówno książka, jak i film - zdecydowanie przypadły mi do gustu. Obrazy przyjemnie się uzupełniają, a opowieść wywołuje wiele sprzecznych emocji. Temat nie jest łatwy, a jednak autorce udało się podejść do niego lekko i przede wszystkim szczerze, bez zbędnego fałszu.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!