niedziela, 27 listopada 2016

"Mock" Marek Krajewski

Marek Krajewski jest niekwestionowanym królem polskiego retro kryminału. Już od kilkunastu lat uwodzi nas swoimi mrocznymi historiami, których akcja toczy się w przed- i powojennym Wrocławiu, a z każdą kolejną powieścią grono jego sympatyków rośnie. Owszem, jak większość pisarzy miewa lepsze i gorsze momenty, a co za tym idzie powieści mniej lub bardziej udane, niemniej wszystkie one są gwarantem sporych emocji. Tak też było z "Mockiem".


Swoją najnowszą powieścią Krajewski powraca do korzeni i tego za co kochamy go najbardziej - niby klasycznej, a jednak bardzo oryginalnej powieści kryminalnej, z fabułą gęstą niczym dym tytoniowy w pokoju naszego bohatera i postaciami równie oryginalnymi, co potrawy serwowane w przedwojennych, wrocławskich lokalach. Wrocław jest z resztą obok Eberharda Mocka drugim bohaterem tej powieści i biję pokłony przed autorem za tak szczegółowe i ciekawe nakreślenie nie tylko klimatu, ale i topografii tego miasta, z Halą Stulecie na czele. Bo to właśnie od niej wszystko się w "Mocku" zaczyna i na niej się wszystko kończy.

Wrocław, rok 1913. Na kilka dni przed hucznym otwarciem nowo wybudowanej Hali, wybucha wielki skandal. W jej wnętrzu zostają znalezione zwłoki czterech chłopców, a nieco wyżej podwieszone do sufitu zwłoki nieznanej osoby z przypiętymi do pleców skrzydłami, co od razu przywodzi na myśl mitycznego Ikara. Jaka zagadka kryje się za tą zbrodnią? Komu zależało na tym, aby wszystko wskazywało na mord rytualny? Stoją za tym Żydzi, masoni czy może po prostu zwykły psychopata? Odpowiedź tę próbuje uzyskać Mock, jednak sprawa jest o tyle skomplikowana, że przez pewien skandaliczny wyczyn zostaje on najpierw wyrzucony z policji, potem przywrócony do obowiązków, ale jego rola w tym śledztwie ma mieć charakter marginalny. Czy tak będzie? Ten kto już choć trochę poznał Mocka, nie będzie miał żadnych wątpliwości...

To co zawsze, ale to zawsze, urzeka mnie w powieściach Krajewskiego (bo skądinąd wysuwa się na pierwszy plan), to język autora. Jestem absolutną fanką sposobu w jaki on pisze, bo z jednej strony mamy piękny styl i słownictwo wyższych sfer, a z drugiej, bardzo  rynsztokowy język niższych klas społecznych, przez co czujemy się, jakbyśmy byli przeniesieni w czasie i razem z Mockiem zaglądali zarówno do bardzo podłych knajp, jak i na salony ówczesnej elity. Myślę, że właśnie to wierne odwzorowanie ówczesnego sposobu bycia, wyrażania się, a nawet ubierania, nadaje wszystkim powieściom Krajewskiego niezwykłego smaczku i sprawia, że wynosimy z książki znacznie więcej niż tylko kolejną zbrodnię.

Podobnie ma się sprawa z symboliką, bo ta również odgrywa u tego autora niebagatelną rolę. Ikarowe skrzydła, monogramy, symbol tau jako znak rozpoznawczy loży masońskiej to tylko kilka przykładów tego, co Krajewski zawarł w swojej najnowszej powieści. Ta książka naprawdę wyróżnia się na tle innych, bo odnajdziemy w niej nie tylko cudownie mroczną historię, której nie powstydziłby Akunin, ale również to coś, co tak bardzo przyciąga nas do książek Dana Browna.

A co z fabułą? Ja nie mam jej nic do zarzucenia. Czuć, że autor jest w formie i dopieścił treść jak tylko mógł. Dzieje się dużo, naprawdę dużo, niemniej wszystko ładnie się ze sobą zazębia, tworząc spójną całość, choć przyznać  trzeba, że mnogość wątków i postaci może co niektórych irytować. Dla mnie akurat było to wielkim plusem, ponieważ zmuszało do nieśpiesznej lektury, a co za tym idzie, pozwalało dłużej delektować się przygodami Mocka.

Czy polecam? Tak, jak najbardziej. Czy każdemu? Niekoniecznie. Ta książka jest doprawdy świetna, jednak jeżeli ktoś liczy tylko na lekką i szybką rozrywkę, może poczuć się zawiedziony. Jak by nie patrzeć, w obecnym świecie królują bardzo schematyczne i podobne do siebie  kryminały, które bywają ciekawe, jednak na ogół wzbudzają w nas po prostu poczucie "ciepłych kapci". Nie krytykuję, bo sama po takie sięgam, jednak po każdej kolejnej książce Krajewskiego widzę przepaść pomiędzy tym, co spływa do nas ze Stanów czy Skandynawii, a tym, co pisze on. Na korzyść tego drugiego, oczywiście. Dlatego też z wielką niecierpliwością czekam na kolejne powieści tego autora.

sobota, 5 listopada 2016

"Wszystko za Everest" Jon Krakauer

"Być może staliśmy się nieco aroganccy, dysponując naszą nową, wyrafinowaną techniką pokonywania lodowych ścian. W czasach łatwych, mechanicznych podbojów zapomnieliśmy, że góra nadal dzierży wszystkie atuty i ofiaruje nam zwycięstwo jedynie w wybranym przez siebie momencie. " Eric Shipton

Mount Everest, Czomolungma, Sagarmatha (z nepalskiego: Bogini Niebios). Chyba nie ma drugiej takiej góry, która aż tak oddziaływałaby na wyobraźnię mas. I nie mam tu na myśli masy wprawionych himalaistów, dla których wejście na dach świata  jest po prostu kolejnym, ciekawym wyzwaniem czy warunkiem koniecznym do zdobycia Korony Ziemi, a masę zwykłych ludzi, którzy o wspinaczkach górskich nie mają wielkiego pojęcia, ale mają za to świadomość tego, że za odpowiednią opłatą, mogą zostać tam doprowadzeni, a obecnie nawet i wniesieni (sic!).

źródło: Wikipedia

To, co jedni postrzegają jako szansę na wyczyn, którego w inny sposób nie byliby w stanie zrealizować, inni widzą jako ujmę na honorze szeroko rozumianego alpinizmu. Gdzie leży prawda? Na to właśnie pytanie postanowił odpowiedzieć amerykański magazyn turystyczny "Outside", który to w 1995 roku zlecił jednemu ze swoich dziennikarzy, Jonowi Krakauerowi, wzięcie udziału w najbliższej wyprawie komercyjnej. Jego zadaniem było przyjrzenie się tematowi z bliska i napisanie obszernego reportażu o wadach i zaletach tego rozwiązania. Jon (choć nie nie był w temacie wspinaczek wysokogórskich laikiem), miał początkowo pewne obiekcje, jednak ostatecznie podjął się tego wyzwania i wraz z grupą 7 innych klientów, trzech przewodników i kilku nepalskich szerpów wyruszył w maju 1996 roku na szczyt.

źródło
Ekspedycja Adventure Consultants w maju 1996 roku w obozie bazowym. Z tyłu, od lewej: John Taske (klient), Stuart Hutchinson (klient), Helen Wilton (kierownik bazy), Beck Weathers (klient), Lou Kasischke (klient), Mike Groom (przewodnik). Z przodu: Doug Hansen (klient, zginął), Susan Allen (turystka), Jon Krakauer (klient), Andy Harris (przewodnik, zginął), Rob Hall (przewodnik, zginął), Frank Fischbeck (klient), Yasuko Namba (klientka, zginęła)

Summa summarum, wejście to mimo solidnej organizacji i doskonałych przewodników okazało się być dramatyczne w skutkach i to zarówno dla tej, jak i dwóch innych grup, które to  10 i 11 maja 1996 roku przypuściły atak szczytowy. W wyniku brawury jednych, błędnych decyzji innych oraz nagłego załamania pogody, gros wspinaczy nie przeżył zejścia, a sam Jon, choć uszedł z życiem, nabawił się niewyobrażalnej traumy.

Jednak artykuł napisał. Co prawda zupełnie inny od zamierzonego, ale wzbudził nim tak wielkie emocje wśród czytelników, że niedługo po nim powstała książka rozwijająca temat. Książka, która dla Krakauera stanowiła katharsis, a dla osób postronnych okazała się być nieocenionym źródłem wiedzy i w chwili obecnej, a więc 10 lat później, ma już status kultowej.
"Wszystko za Everest" opowiada zarówno historię tej wyprawy jak i portretuje jej uczestników. Mimo wielu szczegółów, dalekie jest jednak od suchego, kronikarskiego zapisu. Owszem, bardzo dokładnie są tu nakreślone ramy czasowe i poszczególne posunięcia wszystkich członków grupy, niemniej jest to przede wszystkim opis pasji doprowadzającej na skraj szaleństwa, walki z żywiołem, ludzką słabością, próbą uporządkowania  przemyśleń ocalałego i znalezienia odpowiedzi na pytanie gdzie zawiodła technika, a gdzie ludzka moralność?

A jest się nad czym zastanawiać! Przyznaję, że były w tej książce fragmenty, które wprawiały mnie w takie osłupienie, że długo nie mogłam się po nich pozbierać. Japończycy mijający z zupełną obojętnością wycieńczonych Amerykanów i Nowozelandczyków, skazując ich tym samym na pewną śmierć (późniejszy komentarz jednego z nich: na wysokości ponad 8000 m.n.p.m nie ma miejsca na moralność), przywódca drużyny z RPA, który z powodu urażonej dumy nie użycza radia bez którego nie uda się poprowadzić akcji ratunkowej (nie ich grupa, nie ich bajka) przez co giną kolejni ludzie, przewodnicy nie czekający na klientów, klienci dla których zwłoki na trasie nie są ludzkimi szczątkami, a jedynie przeszkodą w osiągnięciu celu - długo by wyliczać.

Oczywiście, była też przeciwwaga. Wieloletnie przyjaźnie jednych, bezinteresowność innych, pomoc, która przychodzi z najmniej oczekiwanej strony... niemniej obraz, który całościowo wyłania się z kart tej książki jest wielce przygnębiający. Czytając "Wszystko za Everest" wyraźnie widzimy, że dzisiejszy himalaizm nie ma nic wspólnego z tym, czym był jeszcze kilka lat temu, a dzieje się tak nie tylko dlatego, że wyprawy te stały się tak komercyjne, ale również z tego względu, że wśród nowego pokolenia alpinistów powoli zanika ten niepisany kodeks honorowy, a zastępuje go hasło: cel uświęca środki. W sumie tak jak w naszym codziennym życiu...
"Ze smutkiem zdałem sobie sprawę, że byliśmy zespołem tylko z nazwy. Za kilka godzin opuścimy obóz jako grupa, ale będziemy się wspinać jako jednostki niezwiązane ze sobą ani liną ani więzami lojalności. Każdy z klientów był tutaj głównie ze względu na siebie, a ja nie stanowiłem wyjątku." 
Wracając jednak do tej konkretnej wyprawy. Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy to tuż pod szczytem, emocje i osobiste ambicje poszczególnych członków grupy, nie wzięły góry nad rozsądkiem. Godzina odwrotu, która powinna być niezmienna została potraktowana bardzo umownie, nie dopilnowano właściwej komunikacji, nie rozpięto poręczówek. O, ile nagłe załamanie pogody, które bezwzględnie przyczyniło się do tej tragedii było nie do uniknięcia, o tyle błędy o których wspominam powyżej można było wyeliminować. Prawdopodobnie uratowałoby to życie wielu osobom. Kto w takim razie ponosi odpowiedzialność za taki, a nie inny rozwój sytuacji?

W przypadku wypraw komercyjnych odpowiedź wydaje się być prosta. A nie jest. Krakauer wielokrotnie podkreśla, że zawodność ludzkiego umysłu na dużych wysokościach bywa wielka, bo rozrzedzone powietrze, ciągły brak tlenu i permanentne przemęczenie robią swoje, więc należy się liczyć z tym, że nawet najbardziej doświadczone osoby, które wprowadzają klientów na szczyt, mogą w pewnym momencie nie myśleć racjonalnie. Każdy klient o tym wie, tak samo jak i o tym, że zapłacenie za wyprawę nie jest gwarantem wejścia na szczyt. A jednak to, co jest uzgodnione na dole niejednokrotnie nie ma odbicia w tym, co się dzieje na górze. Klienci, którzy stoją 100m przed szczytem nie chcą słuchać, że tym razem trzeba zawrócić, przewodnik, który wie, że jego największy konkurent właśnie wprowadził na szczyt swoją grupę, zrobi wszystko, aby i jego ekspedycja tam dotarła. Wina leży więc po środku, a smutny wniosek jest taki, że dopóki takie wyprawy będą się odbywać, dopóty trzeba się liczyć z kolejnymi takimi wypadkami.

Jednak książka "Wszystko za Everest" jest czymś znacznie więcej niż tylko osobistym rozliczeniem się autora z duchem gór i tragedią z 1996 roku.  Krakauer próbuje pojąć ten swój osobisty dramat w znacznie szerszym kontekście i często nawiązuje do innych książek i innych wypraw. Tym samym zarówno sobie, jak i nam przybliża tok rozumowania przeróżnych wspinaczy i ich przeogromną, czasem wręcz obłąkańczą miłość do gór. Pasję przez duże P, bo takiego natężenia adrenaliny, emocji i sprzecznych uczuć ludzi nią targanych, nie znajdziemy nigdzie indziej. I powiem Wam po cichu, że to właśnie z tego względu tak chętnie sięgam po tytuły takie jak te.

Czy tę książkę polecam? Tak, z całego serca. A jeśli ta tematyka jest Wam bliska, zapraszam również do innej mojej recenzji --> "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" Jacek Hugo - Bader