czwartek, 8 grudnia 2016

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

O "Dziewczynie z pociągu" zostało powiedziane już chyba wszystko. W blogosferze nie pozostawiono na niej suchej nitki, jednak co dziwne, czytelnicy portalu lubimy czytać oceniają ją całkiem dobrze - ponad szesnaście tysięcy ocen i prawie 7 gwiazdek na 10. A jak było ze mną?

Ja mam bardzo mieszane odczucia w stosunku do tej książki. Z jednej strony naprawdę mnie ona zaciekawiła i wciągnęła, a z drugiej okazała się być tak niespójna i najzwyczajniej w świecie kiepska, że czytanie jej momentami było prawdziwą męką. Jednak mimo wszystko nie byłam w stanie jej odłożyć.

Rachel każdego ranka dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Wie, że pociąg zawsze zatrzymuje się przed tym samym semaforem, dokładnie naprzeciwko szeregu domów. Zaczyna się jej nawet wydawać, że zna ludzi, którzy mieszkają w jednym z nich. Uważa, że prowadzą doskonałe życie. Gdyby tylko mogła być tak szczęśliwa jak oni. I nagle widzi coś wstrząsającego. Widzi tylko przez chwilę, bo pociąg rusza, ale to wystarcza. Wszystko się zmienia. Rachel ma teraz okazję stać się częścią życia ludzi, których widywała jedynie z daleka. Opis z okładki.

Na plus zaliczyłabym przede wszystkim pomysł na fabułę. Motyw obserwacji zza szyby pociągu sam w sobie jest naprawdę intrygujący i niesie w sobie wielki potencjał, ale Paula Hawkins niestety tego ciężaru nie udźwignęła.

Po pierwsze, nie rozłożyła ona równomiernie akcentów, które wzbudzają w czytelniku efekt WOW, a  w przypadku gatunku jakim jest thriller, jest to dość istotna sprawa. Tutaj pierwsza część książki rozkręca się co prawda powoli, ale jest jeszcze ciekawa i w miarę sensowna, natomiast w drugiej połowie autorka całkowicie zmienia taktykę, przyspiesza, tyle że chyba sama nie do końca wie jak ma dobrnąć do finału i to co zaczyna się dziać, tak nie do końca trzyma się kupy, że już nie wspomnę o rozwiązaniu podanym nam na tacy kilkadziesiąt stron wcześniej.

Po drugie, wplecionych zostaje tu zbyt dużo wątków pobocznych, które w założeniu mają fabułę urozmaicić, jednak w którymś momencie wysuwają się na pierwszy plan i przybierają jakąś dziwną moralizatorską formę. Mam tu na myśli alkoholizm naszej bohaterki oraz przemoc w rodzinie. O alkoholizmie Rachel czytamy, bez mała, na co drugiej stronie. Ale nie w sensie rozterek moralnych, wyrzutów sumienia czy dywagacji na temat zasięgnięcia pomocy. Nie, my czytamy o tym, że właśnie wypiła albo chce się napić, albo myśli o piciu, albo jest na kacu. Ja rozumiem, że autorka chciała zwrócić uwagę na bardzo ważne problemy społeczne, jednak w moim odczuciu spłyciła ona temat do granic możliwości, a jedyne, co udało jej się uzyskać, to irytacja czytelnika przy setnym rozważaniu bohaterki na temat tego czy ta będzie teraz piła gin czy wino.

A co z samą intrygą? Na pewno nie jest to mistrzostwo świata, ale myślę, że jest to całkiem przyzwoita historia. Jest mrocznie, jest tajemniczo i choć autorka jak na mój gust nie do końca radzi sobie ze sprawnym poprowadzeniem akcji do samego końca, to udaje jej się wciągnąć czytelnika w tę opowieść na tyle, że jest on nią autentycznie zainteresowany i przymyka oko na te mniej udane aspekty książki.

Choćby takie, jak nieco płascy bohaterowie. Przyznam, że poza Rachel, która w pewien sposób budzi litość, żadna z pozostałych postaci nie wzbudziła we mnie nawet nie tyle  sympatii, co jakichkolwiek głębszych uczuć. Ot, byli i co gorsza byli też bardzo do siebie podobni. Narrację w tej książce prowadzą trzy kobiety: Rachel, Anna i Megan. Z pozoru różni je wszystko, jednak im dalej w książkę, tym bardziej widzimy, że tak naprawdę są one kalką jednej i tej samej osoby. Autorce chyba w pewnym momencie zabrakło inwencji twórczej, bo mimo początkowych różnic, z czasem wszystkie one wrzucone są do jednego wora. Każda z nich posiada swoją małą, prywatną patologię, sposób ich wyrażania się staje się do siebie bardzo zbliżony i wszystkie trzy tak samo irracjonalnie zaczynają reagować na to, co się im przytrafia. Tam, gdzie nie dzieje się nic, doszukują się licznych teorii spiskowych, natomiast tam, gdzie zwykły śmiertelnik wyczułby zagrożenie na kilometr, one nie widzą nic niepokojącego i z pełnym impetem pakują się w kłopoty. I jakoś tak wszystkie one mają problem nie tylko ze sobą, ale i ze wszystkimi innymi kobietami. Przypadek? Nie sądzę ;)

Dlaczego więc nie rzuciłam tej książki w kąt po kilkunastu stronach? Ponieważ mimo tych wszystkich wad, ma ona w sobie coś hipnotyzującego i wbrew pozorom, czytało mi się ją naprawdę dobrze. Może to ten wyspiarski klimat? A może krótkie zdania i szybkie rozdziały, które tak dobrze sprawdzają się w drodze do pracy? Nie wiem, ale fakt jest taki, że mimo tego, iż zgrzytałam czasem zębami oraz, że oczekiwałam znacznie większych fajerwerków, to i tak nie żałuję, że po nią sięgnęłam, bo trochę rozrywki mi ona jednak dostarczyła i mimo wszystko stanowiła ciekawą odmianę po tym, co akurat w tamtym czasie czytałam. Tak więc generalnie, nie dziwię się ani temu, że tylu ludzi lubi tę książkę, ani temu, że tylu ludzi ją hejtuje. Ja, jak widać, zaliczam się do obydwu kategorii równocześnie. Ot, taka moja mała patologia ;)

A Wy? Czytaliście już "Dziewczynę z pociągu"? A może widzieliście film? Jak Wasze wrażenia?

1 komentarz:

  1. Coraz więcej książek jest obecnie pisanych z myślą o ekranizacji. Cierpą one na te same bolączki, które wymieniłaś komentując "Dziewczynę z pociągu".I wszystkie one denerwują czytelnika przyzwyczajonego do książki, którą autor napisał jako książkę, a nie pod kątem ekranizacji - jako maszynkę do zarabiania pieniędzy.
    Gdy czytałem o ciągłych rozterkach bohaterki - co by tu się napić - nie mogłem nie pomyśleć o serialu "Mad Man", gdzie każdą czynność poprzedzało zapalenie papierosa - co akurat w sytuacji nawiązania do lat 60 ubiegłego stulecia nadawało filmowi autentyczności ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!