środa, 28 grudnia 2016

Spotkanie ze Swietlaną Aleksijewicz i Hertą Müller - Literaturfest 2016


W piątkowy wieczór 11 listopada miałam wielką przyjemność uczestniczyć w spotkaniu dwóch literackich Noblistek, które to - podobnie jak w zeszłym roku Umberto Eco (o tym wydarzeniu pisałam TUTAJ) - zawitały do Monachium w ramach Literaturfest 2016.  

Motywem przewodnim tegorocznego spotkania było życie i twórczość w krajach komunistycznej dyktatury, a gośćmi honorowymi Herta Müller i Swietlana Aleksijewicz.

Herta Müller ( ur.1953) pochodzi z Rumunii, gdzie spędziła dzieciństwo i młodość, jednak po latach wyemigrowała do Niemiec, ponieważ za krytykę Ceaucescu dostała zakaz publikowania swoich książek w ojczyźnie. Jej życie i twórczość napiętnowały dwa totalitaryzmy: niemiecki i radziecki (rodzinna wioska zamieszkiwana głównie przez mniejszość niemiecką, ojciec to żołnierz SS-Waffe, matka deportowana na 5 lat do obozu pracy na Ukrainie), co znajduje odzwierciedlenie w każdej z jej dziewięciu książek. Smutek przemieszany  z charakterystyczną dla niej nutką piękna zdobył uznanie krytyków na całym świecie, a ukoronowaniem tego była otrzymana w 2009 roku nagroda Nobla. Swietlana Aleksijewicz (ur. 1948) jest natomiast dziennikarką i pisarką narodowości białorusko - ukraińskiej, która w swoich reporterskich opowieściach  porusza bardzo niewygodne tematy takie jak radziecka interwencja w Afganistanie, katastrofa w Czarnobylu czy udział kobiet oraz dzieci w II wojnie światowej. Stanowczo sprzeciwia się ona polityce ukraińskiego przywódcy Aleksandra Łukaszenki, przez co jej książki nie są wydawane w tym kraju (W Polsce do tej pory ukazało się ich 7).  Aleksijewicz otrzymała już kilkadziesiąt nagród i odznaczeń, a Noblistką została w roku 2015.


Jak widać obydwie panie mają ze sobą sporo wspólnego, choć podczas spotkania już od pierwszych sekund było widać, że diametralnie się one od siebie różną. Aleksijewicz weszła na podium raźnym krokiem, zrelaksowana i uśmiechnięta, natomiast Müller robiła wrażenie spiętej, przycupnęła niepewnie na swoim fotelu i z lekką obawą czekała na dalszy rozwój wydarzeń. 
 
Co ciekawe, dokładnie takie samo wrażenie odnośnie ich osobowości odnosiłam czytając ich książki. U Müller są to bardzo krótkie i przemyślane zdania, gdzie nie ma nawet jednego zbędnego słowa, a narrator jest wyjątkowo bystrym, ale i powściągliwym obserwatorem, natomiast książki Aleksijewicz choć traktują o rzeczach tak poważnych, aż kipią emocjami i czuć, że autorka pragnie przekazać nam w nich nie tylko treść rozmowy, ale i całą aurę swoich spotkań z ostatnimi świadkami, jak  nazywa swoich rozmówców.

Wracając jednak do spotkania.... Początkowo cała rozmowa ograniczyła się do krótkich i raczej mało interesujących  odpowiedzi na, przyznajmy szczerze, nieco tendencyjne pytania zadawane przez moderatora, który po prostu zbyt mocno się starał i budował zdania tak wielokrotie złożone, że ostatecznie nie było wiadomo czy coś stwierdza, o coś pyta czy po prostu chciał wyrazić swoje zdanie. Na szczęście szybko zwyciężyła kobieca ciekawość i panie same zaczęły prowadzić dialog, zasypując się już bezpośrednio pytaniami o przeszłość, doświadczenia i poglądy. Od tej pory publiczność słuchała jak zaczarowana. 

Najczęściej poruszaną kwestią, a raczej to, do czego w ten czy inny sposób ciągle nawiązywano, było skrajnie różne podejście obydwu autorek do sposobu wyrażania myśli w temacie wojny czy dyktatury, i przyczyny takiego stanu rzeczy. Dla Müller kluczowymi słowami były: przemilczenie, niedopowiedzenie oraz śmiertleny strach, natomiast u Aleksijewicz na pierwszym miejscu stoją emocje, wspólnota w cierpieniu i "przegadanie" traumy. Głos jej rozmówców stanowi według autorki niejako alternatywną rzeczywistość do suchych, podręcznikowych faktów, stąd też bardzo rozbudowane opisy poruszanych przez nią zagadnień. Tu ciekawostka - Aleksijewicz chwaląc twórczość Müller wspomniała, że kiedy pierwszy raz sięgnęła po jej książki, zdziwiła się tymi jakże skondensowanymi zdaniami i odrazu pomyślała, że autorka musi być mała i chuda. Ciekawe co o Aleksijewicz pomyślała Müller ;)

Kolejną kwestią, która mocno rozbawiła publiczność był temat kuchni. Okazało się, że mimo tylu różnic światopoglądowych, obydwie panie są w pełni zgodne, co do tego, ze niezależnie od podłości czasów w jakich na przestrzeni lat przyszło im żyć, życie towarzyskie i rodzinne zawsze toczyło się i nadal toczy w kuchni. Moment, kiedy dwie Noblistki dyskutują o kuchennym azylu był nad wyraz uroczy. Podobnie jak i anegdota Müller, która opowiadając o tym jak to w komunistycznej Rumunii wszyscy maniakalnie zbierali co popadnie - od puszek i butelek po tysiące zbędnych drobiazgów wystawianych jako dekoracje na skromnych meblach (brzmi znajomo, prawda?), doznała szoku po przybyciu do Niemiec, gdzie wyposażenie większości mieszkań było stonowane i bez ozdobników. Pomyślała, że musi to być strasznie ubogi kraj, skoro te mieszkania są takie puste...


Przyznam, że całościowo było to równie interesujące, co nietypowe spotkanie.Wymknęło się ono znanym mi schematom i w pierwszej jego połowie miałam nieco mieszane odczucia. Może podniosłość chwili tak je usztywniła? Znacznie bardziej spodobała mi się druga część, gdzie właśnie takie życiowe anegdoty przeplatały się z tym, co naprawdę istotne w twórczości obydwu autorek i co tak mocno wyróżnia je na tle innych. Aleksijewicz oczarowała mnie swoją otwartością, szacunkiem do innych i taką prostą życiową mądrością, natomiast Müller zyskała mój wielki szacunek swoją autentycznością, przenikliwością i takim trudnym do określa poczuciem humoru, gdzieś pomiędzy sarkazmem, a słodko - gorzkim uśmiechem.

Słodko - gorzka była też puenta obydwu autorek, że historia niejako zatacza krąg. Nie uczymy się na błędach poprzednich pokoleń, bo po zaledwie kilkudziesięciu latach względnego spokoju dopuszczamy do władzy kolejnych dyktatorów, a rosnąca propaganda na nowo zaciera rzeczywistość. I nie ważne czy to Rosja, Polska, Węgry czy Rumunia...

Reasumując, było to naprawdę niesamowicie inspirujące spotkanie, które choć trwało ponad dwie godziny, pozostawiło wrażenie wielkiego niedosytu, bo już choćby takie pobieżne rozmowy o tym, jak pisać o rzeczach nie do opowiedzenia, czemu ocaleni z Gułagu milczą do końca swoich dni czy też o tym, że przez traumatyczne doświadczenia można czuć się potwornie staro już w wieku 5 lat pokazały, że w tych kobietach – zarówno w sensie ludzkim, jak i pisarskim, tkwi wielka moc i naprawdę jest jeszcze wiele do odkrycia. A, żeby zakończyć naprawdę optymistycznym akcentem dodam, że przy rozdawaniu autografów obydwie autorki po jednym rzucie oka na okładki moich książek natychmiast odgadły, że są one polskie, a Müller ze szczerym zachwytem powiedziała, że polskie okładki są najładniejszymi obcojęzycznymi wydaniami jej książek. Podała nawet z głowy nazwisko graficzki, choć jak przyznała na ogół nie pamięta takich rzeczy. :)

2 komentarze:

  1. Zaczynając czytać wpis, spodziewałem się właśnie, że to rozmowa bezpośrednio między autorkami będzie najciekawszą częścią.

    A co do kuchni - od razu przypomniały mi się "Czasy secondhand", w których sporo rozmów prowadzonych było w kuchni. Zresztą każda domowa impreza czy to rodzinna, czy inna zawsze na pewien czas przenosi się do kuchni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam spotkania autorskie!
    Domyślam się, że rozmowa Herty Müller ze Swietlaną Aleksijewicz byłą mega intelektualnym przeżyciem. Zazdroszczę :)

    W mijającym roku uczestniczyłam w dwóch festiwalach literackich, które były świetną okazją do rozmów z autorami. W 2017 zamierzam kontynuować...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!