sobota, 28 stycznia 2017

"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk - Cieślak

O książce Natalii Fiedorczuk - Cieślak usłyszałam po raz pierwszy na youtubowym kanale "Barłóg Litercaki". Komentarz Karoliny Sulej mocno mnie wtedy zachęcił do lektury, a w momencie kiedy książka otrzymała "Paszport Polityki", wiedziałam, że po prostu muszę po nią sięgnąć. Zakupiłam, przeczytałam i... zastanawiam się o co tyle szumu?

Nie, nie jest to książka zła. Jest napisana dobrze, porusza ważną kwestię transformacji, jaką przechodzi kobieta zostająca matką, jednak przy tym wszystkim nie jest ona w żaden sposób odkrywcza, a już na pewno nie wybitna. Ale może od początku.

Autorka wzięła sobie na cel macierzyństwo, ale nie to opływające lukrem, które krzyczy do nas z okładek kolorowych gazet, ale to, które jest udziałem milionów kobiet na całej ziemi. Kobiet nie do końca przygotowanych na to co je czeka, żyjących w ciągłej niepewności, bo umowa śmieciowa, mieszkanie wynajęte, a partner nie rozumie co się stało z tą przebojową i spontaniczną kobietą, którą poślubił.

Znajdziemy tu więc całe spektrum myśli i emocji naszej bohaterki, Lucyny - począwszy od zmiany samopoczucia podczas ciąży, przez poród daleki od mistycyzmu, po depresję poporodową i chęć ucieczki od tego wszystkiego. Tytułowe centra handlowe stają się jej azylem, gdzie wtapia się w anonimowy tłum, snuje marzenia i choć przez chwilę czuje się kimś innym, niż tą wiecznie niedospaną, przemęczoną i rozeźloną kobietą.

I to jest właśnie coć, co trochę mnie we wszystkich tego typu historiach uwiera. Mam nieodparte wrażenie, że we współczesnej literaturze nie ma nic pomiędzy. Macierzyństwo jest przedstawiane albo jako kraina wiecznej szczęśliwości albo trauma. Zdaję sobie sprawę, że naprawdę wiele kobiet przechodzi to, co nasza bohaterka, niemniej ja akurat miałam wrażenie, że całościowo jest to i tak nieco przerysowane, jakby było zlepkiem wszystkiego, co w macierzyństwie najtrudniejsze, ze sporadyczną wstawką tego jak uśmiech dziecka cieszy czy jak za nim tęsknimy, kiedy wyjedziemy.

"Jak pokochać centra handlowe" to doprawdy dziwna książka. Gatunkowo gdzieś pomiędzy prozą, reportażem, a manifestem obnaża polską rzeczywistość, jednak ja w trakcie lektury miałam wrażenie, że wszystko to już było. Jak nie u Halber, to z pewnością u Chutnik, ze wstawkami, które spokojnie można by było podpiąć pod "Pokolenie Ikea". Choć czyta się ją naprawdę sprawnie, bo surowy i nieco ironiczny język sprawia, że przez książkę po prostu suniemy, to zastanawiam się czy naprawdę jest ona aż tak dobra, że zasługuje na "Paszport Polityki"? W moim odczuciu nie.

Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że nie warto po nią sięgnąć. Jest to głos bardzo potrzebny kobietom, które przeszły podobnie traumatyczne początki macierzyństwa, być może ojcom, którzy chcieliby lepiej zrozumieć swoje kobiety, a na pewno ważny głos w dyskusji na temat kondycji polskiego rodzicielstwa. Jednak jest też druga strona medalu. Tak popularny ostatnio nurt macierzyństwa non - fiction utrwala wizerunek kobiety głęboko nieszczęśliwej w macierzyństwie i choć takich osób też nie brakuje, to jednak znaczną większość stanowią kobiety, które po czasie odnajdują się w nowej roli i cieszą tym, co niesie ze sobą mały człowiek. Dlatego też lekturę polecam, ale sugeruję odrobnę dystansu, zwłaszcza tym, którzy o potomstwie dopiero myślą.

1 komentarz:

  1. Chcę przeczytać, zdecydowanie. Choćby po to, by sprawdzić. Ale tak w ramach ciekawości - czy to "macierzyństwo środka" dobrze przekładałoby się na literaturę? Literatura w końcu lepiej sprawdza się w stanach skrajnych.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!