sobota, 1 kwietnia 2017

"Jeździec miedziany" Paulina Simons

Kiedy chciałam sięgnąć po tę książkę po raz pierwszy, a więc kilkanaście lat temu, nie była ona już dostępna na rynku, bo wzbudziła taką falę entuzjazmu, że w sklepach rozeszła jak ciepłe bułeczki, a w bibliotekach trzeba było czekać na nią miesiącami. Później, kiedy dodruk został już zrobiony, moja chęć sięgnięcia po nią osłabła, bo pojawiło się tyle innych ciekawych tytułów, że ten po prostu zszedł na dalszy plan. Ostatnio jednak zainteresowanie powróciło, przeczytałam ją i wiecie co? Znacznie lepiej i dla mnie i dla tej ksiąki by było, gdybym jednak sięgnęła po nią mając na karku te kilkanaście lat mniej...

zdjęcie z portalu biblionetka.pl
 Opis z okładki:

Wybucha II wojna. Siedemnastoletnia Tatiana błyskawicznie staje się dorosła. Podczas blokady Leningradu jest podporą dla całej rodziny. Wielką miłością do Aleksandra, młodego oficera, nie ma kiedy się nacieszyć. Gdy chłopak, skrywający politycznie niebezpieczną tajemnicę, nagle znika, Tatiana jest w ciąży i udaje się w głąb Rosji, by odnaleźć ukochanego. Wspaniała historia uczucia, które pozwoliło przetrwać wojenny koszmar.

 Gdybym miała przedstawić graficznie uczucia towarzyszące mi podczas tej lektury, byłaby to wielka sinusoida. Początkowa irytacja główną bohaterką  i jej rodziną przerodza się w wielką ciekawość (pojawia się Aleksander), później następuje wzruszenie podczas śledzenia wojennych losów tych dwojga, a następnie  przychodzi faza ich pobytu na wsi i po prostu opada mi do ziemi wszystko, co tyko opaść może. Zakończenie książki co prawda nieco te wrażenie zaciera, niemniej skłamałabym twierdząc, że w moim odczuciu jest to wyjątkowo dobra książka. Dlaczego?

Po pierwsze, górnolotność myśli i patetyzm. Nie przysłaniają one co prawda całej fabuły, a stanowią jedynie tło, więc jak mniemam, nie każdemu też one będą przeszkadzać, niemniej mnie osobiście, wprawiały one w konfuzję. Pominę już nawet samą kwestię wielokrotnie cytowanego Puszkina, bo sądząc po tytule został on w pewien sposób patronem tej książki, więc należało mu się w niej zacne miejsce, ale wzniosłość niektórych przemyśleń, tudzież analiz naszych bohaterów nasuwała mi na myśl twórczość pana o inicjałach P. C. .

Być może jestem niesprawiedliwa, bo wiem, że  młodzieńcza miłość uskrzydla i dodaje głębi pewnym przemyśleniom, jednak po pierwszych kilkudziesięcu stronach miałam wrażenie, że Tatiana jest lekko nieogarniętą,no dobra... bardzo dziecinną i co tu dużo mówić egoistyczą siedemnastolatką, a już dwa, trzy tygodnie później padają z jej ust takie słowa, że zaczęłam się zastanawiać czy to naprawdę ta sama postać? Podobnież zadumałam się nad Aleksandrem, który to zdradził Tatianie po trzech dniach znajomości i trzech kilkunastominotowych rozmowach tajemnicę, której poza jedną osobą nie wyjawił nikomu innemu przez ponad dwadzieścia lat swojego życia, a która to z pewnością mogła kosztować go życie, zwłaszcza, że co rusz przypominał Tatianie, iż w komunistycznej Rosji nikomu ufać nie wolno i, że na każdym kroku jest się podsłuchiwanym.... Chciałabym, uwierzcie, że bym chciała wierzyć w takie rzeczy, ale jakoś nie mogę. A jak nie wierzę w fabułę, to klops.

Po drugie, miłość, która w tej książce naprawdę niejedno ma imię. Ogólnie rzecz ujmując, wątek uczuciowy był naprawdę ciekawy i do pewnego momentu ładnie poprowadzony. Z przyjemnością wróciłam do takiego nieco już staromodnego romansu, gdzie relacje ludzkie mają zupełnie inny wymiar, a przyzwoitość i honor ciągle są w cenie. Szczerze przyznaję, że z zapartym tchem śledziłam losy Tatiany i Aleksandra w okupowanym Leningradzie, ale z czasem zaczął mnie męczyć nawet nie tyle ten miłosny trójkąt, co rozterki, które wracały jak bumerang. Rozumiem, że sytuacja naszych bohaterów nie jest łatwa, co powoduje silne wewnętrzne rozdarcie, ale skoro przeanalizowali temat raz, drugi, piąty i dziesiąty, to czy trzeba wracać do niego po raz siedemnasty? I kiedy naprawdę myślałam, że wszystko już zostało tak dogłębnie wyjaśnione, że bardziej nie można i i jak już się tak mocno ucieszyłam, że w końcu każde wie na czym stoi, to cały czar prysnął jak bańka mydlana, kiedy sceneria zmieniła się z leningradzkiej na tę wiejską.

Ależ ja się początkowo cieszyłam z ich ponownego spotkania! Poleciała pełna wzruszenia łezka, jednak szybko zastąpił ją zgrzyt zębów, bo na miejsce zahartowanej dziewczny po przejściach powróciła rozemocjonowana i bardzo niedojrzała Tatiana z pierwszch kart książki. I kiedy w końcu te wszystkie buzujące emocje opadły, zaczęło się to, co po prostu przerosło mnie w tej książce. Erotyzm.... Erotyzm przez duże E. Przez duże E i przez prawie 150 kart książki. Tak jak lubię czytać ładnie opisane sceny miłosne, tak tutaj po pewnym czasie miałam wrażenie, że czytam nie tyle powieść dla pensjonarek, co siedmiotowe wydanie harlequina w jednym. I tak, ja wiem, pierwsza fascynacja i wielkie szaleństwo są wspaniałe i rządzą się swoimi prawami, ale kiedy po raz kolejny i kolejny i kolejny czytałam, że ona zaraz "eksploduje z rozkoszy", a on "już nad sobą nie panuje" i kiedy po raz czwarty jednego dnia (a dwudziestyczwarty raz z rzędu)  przechodziłam razem z nimi  przez ten akt, robiło mi się słabo. Autentycznie miałam wrażenie, że jest to jakieś zapętlenie.

Na całe szczęście, ostatnie rozdziały książki sprawiły, że na nowo uwierzyłam w autorkę. Ewidentnie lepiej jej wychodzi pisanie o naszych bohaterach w piekle wojny, niż poza nim, bo już nawet abstrahując od tej intymności (która jakkolwiek przestała być intymna), to po prostu te kilkaset stron opisujących życie Tatiany i Aleksandra poza Leningradem, tak naprawdę niewiele do książki wnoszą. Spokojnie można by to było skrócić o połowę i fabuła zupełnie by na tym nie ucierpiała. Z tym większą radością powitałam więc ich powrót do Leningradu, akcję i kolejny szalony rozwój wypadków, który doprowadził do ciekawego i zaskakującego finału, jednak przyznam, że mimo to, byłam po prostu szczęśliwa, kiedy skończyłam tę książkę i - nie bijcie - ale dwie poztałe części radośnie puściłam w świat w stanie nowym i nienaruszonym.

Cóż można rzec? Nie dla mnie ta książka i tyle. Nie twierdzę, że nie warto po nią sięgać, bo tak nie jest. Jestem bardziej niż pewna, że gdybym przeczytała tę historię jako nastolatka czy kobieta u progu dorosłości byłabym nią zachwycona, teraz jednak, kiedy mam nieco inny punkt widzenia, a za sobą kilkaset innych, w tym sporo o wiele lepszych książek, widzę tu naprawdę wiele niedociągnięć, razi mnie infantylność bohaterów i uważam, że historia ta niekoniecznie zasługuje na miano romansu wszechczasów.