sobota, 1 lipca 2017

O ukraińskim hardcorze i reportażu w stylu gonzo oraz tym, dlaczego prawdziwych Słowian już nie ma, czyli spotkanie autorskie z Ziemowitem Szczerkiem

Piękny piątkowy wieczór w Monachium. Jadę na spotkanie autorskie z Ziemowitem Szczerkiem i podczytując ulubione fragmenty "Mordora..." zastanawiam się jakie będzie to spotkanie? Kim tak naprawdę okaże się być autor i na ile prawdziwego Szczerka mamy w jego twórczości, a na ile pisania pod publikę? Przecież styl gonzo zobowiązuje, czyż nie?

Druga kwestia, która mnie zastanawia, to niemiecka część publiczności. Tłumaczenie, nawet najlepsze, często nie oddaje klimatu książki czy wypowiedzi autora, a u Szczerka tyle specyficznych przyrównań, niuansów i językowych fajerwerków, że jakoś tak mimowalnie zaczynam mocniej zaciskać kciuki za organizatorkę/moderatorkę/tłumaczkę, a przy tym wspaniałą koleżankę, Agnieszkę Kowaluk. Tym bardziej, że temat drażliwy i - o czym miałam możliwość przekonać się już kilka dni wcześnie podczas projekcji "Wołynia" - odpowiedni dobór słów bywa naprawdę kluczowy w dyskusji na froncie  Polak - Niemiec - Ukrainiec.

Agnieszkę spotykam pierwszą. Jak zawsze promienna i uśmiechnięta wychyla się zza ogromnego bukietu kwiatów, ktory właśnie otrzymała, szybkie powitanie i już tylko miga róg sukienki, bo nadchodzą kolejni goście, natomiast na autora wpadam chwilę później przed wejściem do pobliskiego ogródka piwnego, gdzie ja szukam swoich znajomych, on zapewne chwili wytchnienia. Razem drepczemy na to spotkanie i już wiem, że nie będzie tam lania wody, przesłodzenia czy pozerstwa, bo i sam autor taki nie jest.

Od lewej: Agnieszka Kowluk, Ziemowit Szczerek i Helmut Becker (aktor, którego oczy bez przerwy się śmieją, a zarazem niemiecki "głos", który wręcz po mistrzowsku odczytywał fragmenty książki dla niemieckiej części publiczności )

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian". Książka od której spotkanie się rozpoczęło i na której zakończyło oraz tytuł za który autor otrzymał w 2013 Nagrodę Paszportu Polityki.

Jeśli chodzi o gatunek, to określiłabym go jako coś z pogranicza prozy i reportażu z domieszką ciętej riposty i wspomnianego już gonzo. Gonzo, to niejako słowo-klucz bez którego nie sposób pisać o tej książce, postawa przyjęta przez głównego bohatera (dodam, że dziennikarza podróżującego po Ukrainie), która stanowi klamrę spinającą te wszystkie słodko - gorzkie opowieści snute przez autora, które mimo lekko prześmiewczego charakteru są trudną lekcją historii dla Polaków, zwłaszcza tych jeżdżących z plecakami na Ukrainę w celu odnalezienia... no właśnie. Czego?

Ten, kto książkę czytał pobieżnie, odpowiedziałby pewnie z automatu: hardcoru. Ten, kto czytał uważnie: utraconych złudzeń. A prawda jest taka, że każdy z nich miałby rację, bo taka właśnie jest Ukraina widziana oczami Szczerka, który ją wzdłuż i wszerz przejechał - z jednej strony jest to smutne postsowieckie uniwersum z nieciekawymi widokami na przyszłość, gdzie coś już się skończyło, ale nowe jeszcze na dobre nie zaczęło, z drugiej jednak, miejsce powrotów, przyciągające Polaków niczym mityczna Atlantyda, tudzież tybetańska Shangri-la, bo utracone Kresy są obecnie tak idealizowane, że nabierają czasem równie nierealnych kształtów. Koniecznie zajrzyjcie do książki aby wgłębić się w ten temat.

Jednak chęć przeżycia powrotu do przeszłości to tylko jedna strona medalu. To, co uderza w tej książce równie mocno to fakt, iż istnieje naprawdę spora grupa ludzi, którzy jeżdżą na Ukrainę po prostu po to, aby na własnej skórze przekonać się, że gdzieś tam jest ktoś, kto ma gorzej od nas, upewnienić się, że nasz własny naród i nasza ojczyzna, choć również często marginalizowana na politycznej mapie Europy, jest jednak wyżej, dalej, po prostu bardziej. Inna sprawa, że nie tyczy się to tylko Polaków i nie tylko Ukrainy, ale że o nas jest ta książka, to i na naszym przykładzie autor snuje swoje spostrzeżenia, nie oszczędzając przy tym siebie i swoich osobistych pobudek.


Jest coś strasznego, a zarazem rozczulającego w tym jak pisze i mówi Szczerek. Z jednej strony niesie go tęsknota i widać w nim potrzebę ciągłego przemieszczania się i poszukiwania odpowiedzi na pytania, które sobie stawia, z drugiej jednak ma się wrażenie, że on sam nie ma już złudzeń co do tego, że obraz współczesnej Europy najlepszy nie jest. Powoli zanikają podziały, które znaliśmy wcześniej, a Słowianie jako tacy przestają egzystować. Migracja, nowa konstrukcja Europy przeistaczająca się w pewnych kwestiach w jej dekonstrukcję stawia nowe cele, a populistyczna wersja narodowści zmusza do bardziej krytycznego spojrzenia zarówno na miejsca z jakich pochodzimy, jak i te do których wyjeżdżamy. I to chyba był ten wątek spotkania, który ruszył publiczność najbardziej, bo jakby nie patrzeć, znaczną większość słuchaczy stanowiła właśnie Polonia.

Późny piątkowy wieczór w Monachium. Wracam ze spotkania z Ziemowitem Szczerkiem i teraz już myślę nie tyle o samej książce, bo na jej temat zostało powiedziane już niemalże wszystko, co  zastanawiam się nad tym, o co autor zapytał na koniec, kiedy już po części oficjalnej usiedliśmy w bardziej kameralnym gronie w tym samym ogródku, w którym minęliśmy się na początku. Kim są Polacy w Monachium? Jak żyje tutejsza Polonia? Czy na wzór Berlińczyków jesteśmy jeszcze zbyt blisko Polski aby odczuwać tęsknotę za krajem czy być może jesteśmy już na tyle daleko, że się bardziej integrujemy ze środowiskiem?  I dochodzę do wniosku, że odległość odległością, ale znacznie większą rolę odgrywa tu fakt, że całe moje pokolenie, a więc ludzie w wieku 30 +, jakkolwiek dobrze czy źle byśmy tu w Niemczech czy innym zakątku śwata nie żyli, mamy jeden wspólny mianownik - jesteśmy dziećmi PRLu, co w mniejszym lub większym stopniu odcisnęło na nas swoje piętno. I tak naprawdę my się staramy, ale dopiero nasze dzieci, urodzone już tutaj mogą mówić o prawdziwej integracji. My po prostu w ten czy inny sposób odnajdujemy się w nowej rzeczywistości, a czy - przyrównując do odniesień Szczerka - będzie to Mordor, kraina Saurona czy Elfów, zależy już tylko i wyłącznie do nas....


Dziękuję Agnieszko za to spotkanie! Jak zawsze, było doskonale.