piątek, 13 kwietnia 2018

"Olive Kitteridge" Elisabeth Strout

Miasteczko Crosby, Nowa Anglia, Wschodnie Wybrzeże USA. Miejsce gdzie każdy zna każdego lub też gdzie każdemu się wydaje, że wie wszystko o innych. Tak poznajemy Olive Knitteridge, która swoim specyficznym i bardzo oschłym zachowaniem jawi się jako irytująca i pozbawiona wszelkiego taktu osoba. Czy jest taką naprawdę czy może za tą postawą kryje się zupełnie coś innego? A jak jest z pozostałymi mieszkańcami? Czy oni sami nie mają nic do ukrycia? Czy nie osądzają Olive zbyt pochopnie?

Zdjęcie ze strony lubimyczytac.pl

Przyznam, że ta książka nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Dopiero od trzeciego rozdziału zaczęło do mnie docierać, że w tych pozornie spokojnych opowiadaniach kryje się dużo, dużo więcej. Ba, im więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym śmielej twierdzę, że jest to naprawdę dojrzała, głęboka proza pozbawiona pretensjonalnej otoczki, która niesie ze sobą wielki ładunek emocjonalny i dotyka problemów istotnych dla wszystkich, którzy pierwszą, a nawet drugą młodość mają już za sobą. Są to samotność, syndrom pustego gniazda, choroby, borykanie się ze śmiercią bliskich, a także zwyczajny bilans zysków i strat, kiedy patrzymy na siebie w kontekście minionych lat i siebie jako partnera, rodzica czy przyjaciela.
„Przeżyła to i owo. Ale nie ma o czym mówić. Wyprostowałą plecy. Inni też swoje przeżyli.”*
Olive jest cudownie złożoną i niejednoznaczną postacią. Rozdartą wewnętrznie. Jak wspomniałam, początkowo mamy wrażenie, że jest strasznie oschła, nieprzyjemna i, że obce są jej wszelkie konwenanse. Jednak poznając jej historię bliżej, zaczynamy rozumieć skąd wzięła się ta skorupa, którą budowała przez lata, aby odseparować się od innych. Traumatyczny incydent w dzieciństwie  rzutuje na całe jej przyszłe życie, a przede wszystkim na to, jaką staje się matką, żoną i czym to zaowocuje jeszcze później. Jednak nawet to odseparowanie się i od bliskich i od sąsiadów jest w jej przypadku interesujące, bo choć sama o swoim życiu mówi innym niewiele i nawet nie sili się na to, aby być lubianą, to jednak jest bardzo bystrym obserwatorem i nie przechodzi obojętnie obok tych, którzy potrzebują pomocy. Wyczuwa, gdzie należy wyciągnąć rękę i niejednokrotnie robi to jako pierwsza, jednak robi to jednak po swojemu. Nie przynosi ciast, nie tuli, nie żongluje frazesami. Pojawia się obok i słucha. I tylko w tak intymnych momentach zdradza coś ze swojego życia.

„Duży wysiłek, poczuli pragnienie i w końcu wstąpili na deser lodowy do kawiarenki przy Water Street, gdzie młoda kelnerka o ponurym wyrazie twarzy za każdym razem dawała im rabat dla emerytów, choć nigdy o to nie prosili. Żartowali sobie później z tego, że dziewczyna, stawiając na stoliczku ich kubki z kawą, nie ma pojęcia, że jej ręce także będą kiedyś upstrzone plamami wątrobowymi, a picie kawy będzie trzeba zaplanować ze względu na leki regulujące ciśnienie kwri, i że życie toczy się coraz szybciej, aż wreszcie prawie całe przemija – co właściwie zapiera człowiekowi dech” **
Jednak „Olive Knitteridge” to opowieść nie tylko o samej Olive, ale i o wielu innych mieszkańcach Crosby. Mała społeczność ze wszystkimi jej plusami i minusami tworzy bardzo malownicze, choć i nieco przytłaczające tło. Bo w zaciszu każdego z domów czają się małe i wielkie dramaty. Niejednokrotnie poznajemy tych ludzi w momentach, kiedy są już na takim etapie życia, że nic nie mogą zmienić, a niestety wiele w ich życiu poszło zupełnie nie tak, jak tego chcieli. Pięknie ukazana jest tu jesień życia, bo taka, jaką jest naprawdę, ze wszystkimi jej odcieniami. Strachem o najbliższych, smotnością, własną niemocą. Wspaniała przeciwaga dla tak modnego obecnie stylu „forever young” i choćby już z tego względu warto po tę powieść sięgnąć.
(...) Jane w milczeniu nabrała tchu i pomyślała, że jednak nie zazdrości tym dziewczętom z lodziarni. Ze znudzonymi oczami kelnerek podających lodowe desery kryła się – Jane wiedziała o tym – żarliwość, głębokie pragnienia i wielkie rozczarowania, czekało je mnóstwo nieporozumień, a ponad to (co bardziej wyczerpujące) gniew. Zanim z tym skończą, będą kogoś obwiniać, obwiniać i obwiniać, a potem także tym się zmęczą” ***
Ważny w tej powieści jest też język, którym operuje Strout. Jest on dokładnie taki, jaka jest i sama Olive. Szorstki , powściągliwy, pozornie sztywny. Ale jest to zabieg celowy i udany. Bo czasem – w tym przypadku na pewno - mniej, znaczy więcej. Stąd też wydaje mi się, że jest to książka jednak raczej dla dojrzałego aniżeli młodego czytelnika. Może inaczej – młodemu też się może bardzo spodobać, ale bez pewnego bagażu życiowych doświadczeń, nie wyczuje on pewnych niuansów i drugiego dna. Nie zrozumie wielu zachowań Olive. Oczywiście w żaden sposób nie przeszkodzi to w delektowaniu się naprawdę wartościową powieścią. Po prostu warto będzie do niej wrócić w przyszłości i porównać swoje odczucia.

Reasumując, dawno nie czytałam już tak dobrej powieści. Z pewnością będzie ona na mojej liście najważniejszych książek tego roku, bo historia ta oplata i nie puszcza ze swoich objęć, nie pozwala o sobie zapomnieć. Tu przypomnimy sobie jakiś dialog, tam sytuację, jeszcze gdzie indziej odczucia Oliv. Te myśli są jak niteczki babiego lata, które de facto tak samo zwiastuje koniec lata i wprowadza w klimat wczesnej jesieni. Tyle, że w przypadku Olive i jej sąsiadów, tej życiowej. Gorąco Was zachęcam do sięgnięcia po tę książkę. Serial na jej podstawie podobno równie fantastyczny, więc też planuję niebawem obejrzeć.



A Wy czytaliście już jakąś powieść tej autorki? Możecie coś polecić?

*    "Olive Kitteridge" Elisabeth Strout, Wydawnictwo Wielka Litera 2018, str. 159
**   tamże, str. 176
*** tamże, str. 195

3 komentarze:

  1. Mam na półce "Braci Burgess" i od nich zacznę znajomość z tą autorką. „Olive Knitteridge” będzie pewnie następna. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie dokładnie odwrotnie. :D Najpierw była Olive, teraz przymierzam się do "Braci Burgess", bo uśmiechają się do mnie z półki. Serdeczności. :)

      Usuń
  2. U mnie od dawna na półce czeka "Mam na imię Lucy", które przeczytała już żona i teściowa, a ja nadal nie.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony mi czas!